Sigrid Undset–“Olaf, Syn Auduna”. Recenzja książki.

Witajcie!

Jak obiecałam w poprzednim wpisie, będziecie mogli przeczytać moją recenzję genialnej książki „Olaf, Syn Auduna”, autorstwa Sigrid Undset.

Co do samej Sigrid Undset, jestem przekonana, że jeśli ktoś z Was czytał „Jeżycjadę” Małgorzaty Musierowicz, a konkretniej „Kalamburkę”, to już się z tym nazwiskiem zetknął, jak i z tytułem najsłynniejszej książki Undset, jaką jest „Krystyna, Córka Lavransa”. Tak, Mila Borejko (która zresztą dziś obchodzi imieniny i urodziny :)) bardzo często czytała tą książkę i bardzo lubiła. Sigrid Undset jest norweską pisarką z tego pokolenia norweskich pisarzy, którzy najbardziej przyczynili się do spopularyzowania swej ojczystej literatury. Urodziła się 20 maja 1882 roku w miasteczku Kalundborg w Danii, w rodzinnym domu swojej matki: Anny Marii Charlotte Nicoline (Charlotte) z domu Gyth, jako najstarsza z trzech córek. Jej ojciec – Ingvald Martin Undset – był znanym norweskim geologiem. Gdy Sigrid miała dwa lata, jej rodzina przeniosła się do Norwegii. Gdy miała zaledwie 11 lat, po długiej chorobie, w wieku 40 lat zmarł jej ojciec. Sytuacja materialna rodziny zmieniła się i Sigrid mogła tylko marzyć o studiowaniu na uniwersytecie. Ukończyła roczny kurs i jako szesnastolatka zaczęła pracować w biurze jako sekretarka. Pracą tą zajmowała się przez następnych 10 lat. W ciągu tych dziesięciu lat pisała i uczyła się. Jej książki sprzedawały się dobrze i po wydaniu trzeciej opuściła swoją pracę w biurze, aby żyć z pisania. Następnie odbyła długą podróż po Europie. Odwiedziła na krótko Danię, Niemcy, potem wyjechała do Włoch i w grudniu 1909 roku przybyła do Rzymu, gdzie pozostała na następne dziewięć miesięcy. Jej rodzice byli silnie związani z tym miastem, dlatego podczas swego pobytu tam podążała ich śladami. Poznała tam wielu skandynawskich artystów mieszkających na stałe we Włoszech i zaprzyjaźniła się z nimi. Poznała też niejakiego Andersa Castusa Svarstada, norweskiego malarza, którego też prawie trzy lata później poślubiła w wieku lat 30. Było między nimi dziewięć lat różnicy, Svarstad miał już wcześniej żonę, która dała mu trójkę dzieci. Po ślubie Sigrid z malarzem mieszkali przez pół roku w Londynie. Potem znów powrócili do Rzymu, gdzie w styczniu 1913 roku pisarka urodziła swego pierwszego syna, który został nazwany po ojcu. Do 1919 miała jeszcze jedno dziecko, a Svarstad wziął do siebie także dzieci z pierwszego małżeństwa. To były trudne lata dla Sigrid, jej córeczka była upośledzona umysłowo, podobnie zresztą jak jeden z przyrodnich braci dziewczynki. Wciąż jednak pisała. W 1919 roku powróciła do Norwegii i zamieszkała w Lillehammer, miasteczku w południowowschodniej Norwegii. Zabrała ze sobą swoje dzieci i oczekiwała wtedy na narodziny trzeciego. Miała wrócić do Kristianii gdy Svarstad znajdzie dla nich jakieś nowe lokum. Jej trzecie dziecko przyszło na świat w sierpniu 1919 roku, w Lillehammer. W trzynaście lat po ślubie małżeństwo Sigrid rozpadło się i małżonkowie się rozwiedli. Postanowiła zamieszkać na stałe w Lillehammer, dlatego osiadła w domu o nazwie Bjerkebak, z dużym ogrodem i widokiem na miasto i okoliczne wioski. Rodzice Sigrid byli ateistami, jednakże zgodnie z ówczesnymi normami zarówno ona, jak i jej młodsze siostry zostały ochrzczone jako luteranki. Sama Sigrid uważała się przez jakiś czas za agnostyczkę. W czasie rozpadu jej małżeństwa oraz I Wojny Światowej doświadczyła kryzysów wiary, najpierw były one ledwo odczuwalne dla niej, potem coraz silniejsze. Te kryzysy prowadziły ją od czystego agnostycyzmu i sceptycyzmu do chrześcijaństwa. Po zetknięciu się z angielską literaturą katolicką postanowiła sama przejść na katolicyzm, co miało miejsce w listopadzie 1924 roku. Miała wtedy 42 lata. Następnie stała się świecką dominikanką. W Norwegii nawrócenie Undset zostało uznane nie tylko za sensację, a wręcz za skandal. W tym samym czasie stała się popularna na świecie dzięki „Krystynie, Córce Lavransa”. W tym czasie w Norwegii katolików było niewielu, sporo natomiast, w szczególności wśród luteran, było antykatolików, wśród nich było wielu byłych socjalistów i komunistów. Undset, choć często atakowana, wciąż broniła wiary katolickiej. Kryzysy owe radykalnie zmieniły jej poglądy. W roku 1928 została laureatką Literackiej Nagrody Nobla.

Wielokrotnie wypowiadała się przeciwko rasizmowi i nazizmowi, ostro krytykowała Hitlera, a jej książki były zakazane w nazistowskich Niemczech. W kwietniu 1940 po wkroczeniu wojsk hitlerowskich do Norwegii, w dramatycznych okolicznościach Undset opuściła ojczyznę i udała się najpierw do Szwecji. W czasie jej nieobecności, parę kilometrów od Bjerkebak, został zabity jej syn Anders, mający 27 lat, miało to miejsce 27 kwietnia. Był on lejtnantem w norweskiej armii i zabito go na moście Segalstad w Gausdal. Z kolei jej córka umarła tuż przed wojną. Następnie Sigrid wraz ze swym najmłodszym synem opuściła Szwecję i wyjechała do Stanów Zjednocznonych. Wróciła do kraju po pięciu latach i zamieszkala w Lillehammer. Żyła jeszcze 4 lata, ale nic już nie pisała. Zmarła w Lillehammer, w wieku 67 lat, 10 czerwca 1949 roku. Została pochowana w Mesnali, piętnaście kilometrów na zachód od Lillehammer, tam są pochowane także jej dzieci. W swej twórczości poruszała często problematykę chrześcijańską, więzi człowieka z Bogiem, życie katolików w Norwegii, pisała też ogólnie o życiu w Skandynawii na przestrzeni wieków.

„Olaf, Syn Auduna”, to obok „Krystyny, córki Lavransa” jedna z najbardziej popularnych jej powieści. Podobnie jak „Krystyna…” jest to też powieść historyczna. Ja „Krystyny…” jeszcze nie czytałam, ale myślę, że niedługo to nadrobię.

Książka „Olaf, Syn Auduna”, w skrócie mówiąc opowiada o miłości Olafa syna Auduna i Inguny córki Steinfinna. Są oni przeznaczeni sobie od dziecka, kiedy to Steinfinn na prośbę umierającego ojca siedmioletniego podówczas Olafa podejmuje się zostać opiekunem chłopca. Steinfinn, będąc w bardzo dobrym nastroju, nieco podpity, chętnie się zgadza na to, jak i na to, aby ich dzieci zostały zaręczone. Ceremonia odbywa się zaraz potem i dzieci wzrastają blisko siebie, bawiąc się ze sobą i wychowując wspólnie. Są traktowani jak narzeczeni. Niestety, po śmierci Steinfinna krewnym Inguny nie bardzo odpowiada perspektywa małżeństwa, dlatego próbują temu przeszkodzić. Olaf za radą przyjaciela radzi się biskupa Torfina, jest przekonany, że tym, do czego on i Inguna są stworzeni i przeznaczeni, jest to małżeństwo. Na dworze Torfina umacnia się bardzo więź Olafa z Bogiem, która będzie coraz silniejsza. Niestety, dochodzi do zabójstwa jednego z krewnych Inguny, którego sprawcą jest Olaf. Musi uciekać za granicę, do rodziny swej matki. Inguna bardzo cierpi, do tego stopnia, że jej wątłe zdrowie jeszcze bardziej podupada. Niestety, okazuje się, że jej wola jest raczej słaba i Inguna ulega pewnemu Islandczykowi, z którym płodzi dziecko. Olaf powróciwszy do Inguny poślubia ją jednak mimo to, najpierw jednak zabija Teita – owego Islandczyka i ten grzech będzie mu ciążył na sumieniu przez długie lata, jeszcze po śmierci Inguny. W wielkim skrócie na temat fabuły byłoby to tyle, książka liczy ponad dziewięćset stron, ale czyta się ją niesamowicie lekko, jest strasznie wciągająca.

Przeżywałam tą książkę bardzo intensywnie, zwłaszcza śmierć Inguny, a nawet Olafa, choć byłam na nią przygotowana, mam też wrażenie, że jest to pierwsza książka, podczas czytania której doświadczyłam autentycznego katharsis, do tej pory uważałam, że w moim przypadku podobne sytuacje i doświadczenia nie są możliwe. Nie wykażę się chyba szczególną oryginalnością, jeśli napiszę, że najbardziej lubiłam Olafa, niemniej jednak taka jest prawda. Uważam go za wielkiego człowieka, o niesamowitej inteligencji, jego więzi z Bogiem bardzo mu czasem zazdrościłam, choć była dla niego powodem tylu cierpień. Uważam, że chociaż nie jest pozbawiony wad, takie zalety jak Olafa są bardzo cenne, a tacy ludzie godni wielkiego szacunku. Który mężczyzna na jego miejscu zdecydowałby się poślubić kobietę, która go zdradziła i uznać jej syna za swojego? Sądzę, że niewielu takich by si ę znalazło. Czasami miałam wrażenie, że Olaf był nazbyt surowy dla Eirika (syna Teita i Inguny), ale w sumie wyszło mu to na dobre. Uważam Olafa za naprawdę szlachetnego człowieka. Często podczas czytania tej książki wkurzałam się na Boga, miałam wrażenie, że rzeczywiście zbyt wiele wymaga od ludzi, zwłaszcza tych, którzy są w stosunku do niego tak wierni, ale obecnie podobnie jak Cecylia córka Olafa myślę, że Bóg postępuje z nami tak, żebyśmy byli coraz lepsi, a Olaf był już na tyle szlachetnym człowiekiem, że można było od niego więcej wymagać. Z początku czułam dziwną niechęć do Inguny. Od początku bardzo spodobało mi się jej imię (ja jak czytam ksiażki, to zwracam uwagę na takie szczegóły), które co prawda oryginalnie brzmi Ingunn i jest również ładne, Inguna jednak brzmi lepiej. Poza tym uznałam ją od razu za osobę bardzo przeciętną, niezbyt ciekawą. Ani nie jest mądra, ani nic właściwie nie umie, poza łagodnością nie ma w sumie żadnych godnych uwagi cech. Z czasem zauważyłam, że podobnie jak Olaf ma ona bardzo wrażliwe sumienie, niestety najczęściej już po fakcie. Gdy zaczęła spotykać się z Teitem jeszcze bardziej ją znielubiłam, dopiero potem zaczęłam jej ogromnie współczuć, a z czasem polubiłam i zrozumiałam. Przy jej śmierci autentycznie się rozkleiłam, mimo, iż była niemal pewna. Nie wiem, czy to wynik mojej intensywności przeżywania niektórych książek, czy pisania Sigrid Undset, ale podczas czytania tej książki bardzo wyraźnie odczuwałam to co bohaterowie, w szczególności Inguna i Olaf. Gdy Inguna była w ciąży i jej romans z Teitem wyszedł na jaw, niektórzy obchodzili się z nią bardzo źle, wręcz nieadekwatnie do jej winy, inni zaś postępowali bardzo szlachetnie, w tym czasie odczuwałam wszelką ludzką niechęć czy dobroć wobec niej chyba niemal tak silnie jak sama Inguna. Niewielu jest takich pisarzy, z których bohaterami mogłabym się aż tak zespolić, zdarzało mi się to najczęściej z Emilką L. M. Montgomery, ale to dlatego, że po prostu sporo nas łączy. Undset miała niesamowitą zdolność opisywania uczuć ludzkich i to jest chyba powód, dla którego tak bardzo wczułam się w tą książkę i jej klimat, który jest dość mroczny. Jakoś pod koniec książki opisywała ból Olafa, a ja miałam takie wrażenie, jakbym sama go czuła.

Ktoś gdzieś stwierdził, że „Olaf…” to bardzo dobra książka na Wielkanoc. Ja czytałam tą książkę wyjątkowo długo, bo niecałe dwa tygodnie, także przez Boże Narodzenie i uważam, że jest to też dobra ksiażka do czytania w to Święto. Mówi o ludzkim grzechu, więzi z Bogiem, pokucie, cierpieniu. Jednocześnie nie ma w niej wcale patosu. Ta raczej dość ciężka i dla wielu z nas abstrakcyjna tematyka jest bardzo fajnie (przynajmniej dla mnie, miłośniczki Skandynawii) „oprawiona” przez życie i obyczajowość w ówczesnej Norwegii. Sporo wyciągnęłam z tej książki, myślę jednak, że będę do niej co jakiś czas powracać, bo działa na mnie bardzo rozwijająco i mam wrażenie, że jeszcze wiele w niej zostało dla mnie do odkrycia. Uważam, że zarówno Olaf, jak i Inguna są bardzo dobrymi wzorami do naśladowania. Wydaje mi się, że obecnie nasza mentalność zmieniła się do tego stopnia, że nasze sumienia nie są już tak wyczulone jak niegdyś, a oni i tak w swojej epoce byli pod tym względem lepsi od wielu chrześcijan, zwłaszcza Olaf jest naprawdę nieprzeciętną, godną uwagi postacią, ja uważam go wręcz za outsidera. Poza tym czytając tą książkę możemy sobie prześledzić, w jakim stopniu zmieniła się Norwegia od czasów, gdy była krajem katolickim. Różnica wręcz diametralna.

W czasie, gdy czytałam „Olafa…” zastanawiałam się, czy czasem Sigrid Undset nie stanie się trzecią z absolutnie najlepszych według mnie pisarek, teraz jednak trudno mi to stwierdzić, bo już na przykład „Gymnadenia”, którą próbowałam czytać parę dni temu, wydała mi się jakaś bardzo ciężka i skapitulowałam, ale może po prostu muszę trochę poczekać. Mimo to „Olaf, Syn Auduna” znalazłby się w czołówce moich ulubionych książek, gdybym takowe zestawienie miała stworzyć. Styl Undset od razu bardzo mi się spodobał, poza tym mimo mroczności klimatu wszystko opisane jest w tej książce bardzo barwnie, skoro można ją tak intensywnie odbierać. Bohaterowie są ciekawi, albo przynajmniej opisani w ciekawy sposób, jak na przykład Inguna: pisałam powyżej, że nie nazwałabym jej ciekawą, jest przeciętna i zwyczajna, ale opisana w niezwykle interesujący sposób. Z bohaterów naprawdę ciekawych oprócz Olafa wymienić powinnam: Eirika, Cecylię, Bothildę, sirę Hallbjörna, Torhildę czy Eldrydę, a jeszcz sporo takich postaci by się znalazło, te jednak uważam za szczególnie ciekawe.

„Olaf…” jest książką, którą z pewnością mogę polecić każdemu chrześcijaninowi (niezależnie od odłamu chrześcijaństwa, do którego należy) chcącemu rozwijać swoją wiarę. Poleciłabym ją też ateistom, nie sądzę, żeby się po tym nawrócili czy cóś, ale to jest książka (moim zdaniem) dla tych, którzy wobec wiary mają jakieś konkretne stanowisko, są albo zimni, albo gorący. Myślę, że to takze dobra lektura dla miłośników Skandynawii, średniowiecza, oraz po prostu dla miłośników dobrej lektury.

Hm, mam nadzieję, że uda mi się zachęcić kogoś z moich Czytelników do przeczytania „Olafa…”. A może już któś czytał? Oczywiście chętnie poznam opinię takich osób. Tych, którzy nie czytali zachęcam do dzielenia się reflexjami w temacie samej recenzji: czy Was ona zachęciła, czy chcielibyście, abym kontynuowała pisanie recenzji na blogu. Wiem, że jest trochę nazbyt oględna jak na recenzję tak wielowątkowej i dlugiej powieści, ale nie chciałam zdradzać za wiele szczegółów z akcji.

Jako, że mamy dziś Sylwestra, czy jak ja to kiedyś określiłam Noc Melanijną, to piszcie też jak tam Wam Sylwester minął. Jeśli chodzi o mnie, jest luźno bardzo jak widać, piszę sobie wpisa, na dole siedzi Tatul i ogląda TV, Mamulka cóś tam robi, Zofijka cóś tam robi i Olek też cóś tam robi. :D A na Nowy Rok życzę Wam wszystkim po prostu tego, żeby ogólnie był on dla Was równie szczęśliwy, jak dla mnie był ten, który właśnie mija. W ogóle chyba trzeba będzie niedługo jakiś taki nowo-staroroczny wpis sklecić, na razie jeszcze nie mam pomysłu, nie wiem w ogóle czy powstanie, bo nie chcę zanudzić ludzkości, ale wydaje mi się, że cóś takiego by się przydało.

Pozdrawiam! :)

Reklamy

KRÓTKI wpis z życzeniami świątecznymi.

Witajcie!

Jako, że mamy dziś Wigilię, chciałabym wszystkim moim Czytelnikom złożyć życzenia Wesołych, miłych, zdrowych i radosnych Świąt. Oczywiście miłej atmosfery, pysznego jedzenia, fajnych prezentów i wszystkiego, czego sobie sami w te Święta życzycie. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, żebyście przeżyli te Święta, tak, jak powinno się je przeżywać, żebyście nie zapomnieli, co świętujemy. Już rok temu zresztą pisałam na moim poprzednim blogu, że czasami naprawdę trudno stwierdzić, co ludzie w tym czasie świętują, niby Boże Narodzenie, ale czasami w ogóle tego nie widać. Tak więc życzę Wam, żebyście nie stracili sensu tych Świąt, a przy okazji żeby były one dla Was po prostu wesołe i żebyście nie czekali z niecierpliwością, aż się skończą, jak to często się zdarza i jak pewnie będzie w moim przypadku w tym roku. :D

A tak trochę z innej beczki, jestem właśnie w trakcie czytania bardzo, bardzo ciekawej książki, sądzę więc, że jak ją przeczytam, pojawi się jakaś recenzja. Co w ogóle myślicie o tej idei, żebym zamieszczała na blogu recenzje przeczytanych przeze mnie książek?

Pozdrawiam :)

Niewinna przestępczyni.

Jak zapowiedziałam w poprzednim wpisie, poniżej wklejam Wam opowiadanie, o którym na długi czas kompletnie zapomniałam i właściwie to nawet nie wiem, jak to się stało, że jeszcze ono u mnie jest, jako, że zazwyczaj jak tylko coś napiszę, niemal od razu się tego pozbywam. Postanowiłam tak, gdy kiedyś wpadła mi w ręce wielka, bezsensowna rzecz jaką pisałam, zatytułowana „Listy do Jacka Bisowskiego”. Były to listy jego bliskich, podczas, gdy ten Jacek Bisowski był w Miśni, podczas II Wojny Światowej i to wszystko było tak bezsensowne i żałosne, że nie wiedziałam naprawdę, czy ja mam się śmiać, czy płakać. W rezultacie wyszło cóś pomiędzy, wyrzuciłam te pożałowania godne listy i stwierdziłam, że ja mogę sobie pisać, ale potem już nie chcę na to patrzeć i że najwidoczniej to, co mówił pan Carpenter z „Emilki Ze Srebrnego Nowiu”, że im fajniejsze ci się coś wydaje podczas pisania, tym gorsze to będzie z perspektywy czasu, jest prawdą. Dlatego moje opowiadania nigdy nie istniały szczególnie długo, bo pisałam je tylko po to, żeby je rozwalić, wyjątkiem jest „Jack Hamilton”. To opowiadanie napisałam w szóstej klasie, więc jak już wcześniej pisałam, nie oczekujcie po nim zbyt wiele, jest to też pierwsza taka sytuacja, że pokazuję cóś mojego tak otwarcie, ale myślę, że nie jest złe, a w każdym razie nie jest jakieś wielce tragiczne. Miłego czytania i piszcie, co myślicie.
Niewinna przestępczyni

Sarah Connelly siedziała w ogrodzie, gdy już zapadał zmierzch. Była sama i cieszyła się tymi Chwilami. Sarah jakkolwiek była towarzyska, nie narzucała się jednak nikomu i większość życia spędzała w samotności. Tego wymagała jej sytuacja życiowa. Jednakże ogólnie była osobą lubianą i poważaną. W chwili obecnej, odczuwała silną potrzebę odpoczynku w samotności wśród swoich ukochanych cynii, które z taką troską pielęgnowała w każdej wolnej chwili. Oparła głowę na kolanach. Nie przespała pół nocy i była tego dnia bardzo rozdrażniona, a do tego jak zwykle obwiniała się o to iż nie była dla matki tak miła jak mogła. Matka Sarah była kobietą przedwcześnie postarzałą na skutek choroby. Leżała unieruchomiona przez postępujący paraliż, niedawno zdiagnozowano u niej także demencję, a w momentach jasności umysłu była dla swej córki jeszcze większym utrapieniem niż zawsze. Ale Sarah starała się nie zwracać uwagi na niedogodności. Obwiniała tylko siebie, że dziewczyna mająca tak dzielnych przodków – dumnych i odpornych na porażki, nie powinna tak podchodzić do matki jak robi to ona, Sarah. A Sarah choć kochała swoją matkę, nie mogła poczuć do niej większej sympatii niż jej na to pozwalała wdzięczność za życie, za te chwile które przeżyły, kiedy Ruth Connelly była jeszcze młodą, piękną kobietą i ubóstwiała swoją Sarah. W przeszłości pani Conelly była tancerką, słynącą ze swej piękności nie tylko w Donegal, gdzie rozwijała się jej kariera, ale także w Dublinie. Kochali ją wszyscy, którzy ją widzieli, gdy tańczyła. Zarówno rodzina Gilmore’ów, z której wywodziła się Ruth, jak i Connelly’ch, była dumna, iż ta cudowna kobieta jest ich krewną. Sarah dobrze pamiętała matkę sprzed dziesięciu lat i czasami nie mogła uwierzyć, jak taka piękna, dobra dla innych ludzi osoba, może nagle stać się bezradną kobietą, zdaną na innych. Ruth miała zaledwie pięćdziesiąt sześć lat, ale wyglądała na siedemdziesiąt, straciła swoją urodę, oczy jej wyblakły, włosy zupełnie posiwiały, wszystko z powodu choroby, która dotknęła ją nagle i niespodziewanie. Pewnego dnia okazało się bowiem, że Ruth z trudem się koncentruje na czymkolwiek, a z czasem miała też problemy z utrzymaniem równowagi. Jej kariera zawisła na włosku, aż w końcu musiała zrezygnować ze swojej pasji. Finn Connelly – ojciec Sarah – był wtedy w Sheffield w Anglii, i zbyt późno dowiedział się o chorobie małżonki. Przez jakiś czas Ruth grywała jeszcze na pianinie, śpiewała, ale pewnego dnia nie mogła już rano dźwignąć się z łóżka, i wtedy siostra Sarah – Lucilla – przejęła władzę w domu i odpowiedzialnie zaopiekowała się matką. Potem jednak znalazła sobie męża i wyjechała z nim do Włoch, a piętnastoletnia wówczas Sarah zajęła się matką jak umiała najlepiej, dochodząc w tym do perfekcji. Z czasem prawie nie pozostało śladu po dawnej żywości usposobienia, elokwencji i specyficznym poczuciu humoru Ruth, postępował paraliż, ale wciąż jeszcze mogła mówić i poruszać prawą dłonią. Ojciec Sarah nie mógł przybyć jej z pomocą, dziewczyna dowiedziała się bowiem, że zmarł w Sheffield w wypadku przy pracy, razem z wieloma innymi. Ponieważ Sarah kochała matkę i była jej wdzięczna za to co ta dla niej zrobiła, dzielnie pielęgnowała ją, właściwie sama jedna. Miała jeszcze kilkoro rodzeństwa, ale oni zajmowali się własnymi sprawami i rodzinami, byli też od niej dużo starsi, gdy Sarah się urodziła, jej najmłodszy brat – Phill – miał dwanaście lat. W tej sytuacji Sarah była odcięta od świata. Usłyszała jęk dochodzący od strony domu. Machinalnie wstała i ruszyła szybko w stronę drzwi. Matka miała znowu atak bólu. Sarah z uśmiechem którym chciała zmniejszyć mękę swej rodzicielki natarła jej obolałe nogi, kręgosłup i ramiona. Ból ustał na małą chwilę. Sarah podała jej leki i zatamowała krew cieknącą z rany. Tego dnia matka była wyjątkowo potulna i Sarah odczuwała niepokój, że może się przeziębiła. Jednak w pokoju panowała duchota i dziewczyna otworzyła okno, żeby do chorej docierało trochę powietrza. Usiadła na łóżku i myślała o tym ile jeszcze będzie musiała patrzeć na cierpienie swej matki, kiedyś tak pięknej i błyskotliwej gwiazdy towarzystwa, każdego w którym się znalazła. Następnego dnia o świcie Sarah obudziła się na łóżku matki z obolałym całym ciałem. Rozejrzała się nerwowo i doszła do wniosku iż musiała zasnąć w tak niewygodnej pozycji w jakiej siedziała wczoraj i tak przespać do rana. Z resztek snu wyswobodził ją bardzo niepokojący dźwięk. Była jeszcze trochę zaspana i nie od razu go zidentyfikowała, ale zaraz poderwała się na nogi. Lata opieki nad matką, uczyniły ją nadopiekuńczą i wszystkie „nadprogramowe” objawy choroby uważała za coś strasznego i panikowała, choć na ogół była bardzo spokojna. Podbiegła do łóżka matki. Klatka piersiowa chorej unosiła się szybko i opadała w bardzo krótkich odstępach czasu. Z krtani dobywał się cichy świst, a serce biło tak gwałtownie, że dłoń Sarah leżąca na piersi kobiety wyczuwała dokładnie każde uderzenie. Dźwięk, który tak ją przeraził, był to suchy, świszczący kaszel. Często słyszała go u matki i nieodmiennie był zapowiedzią komplikacji w życiu Sarah i tej mało odpornej kobiety. Sarah pełna obaw zadzwoniła po doktora Nesbitta. Usłyszała jego rzeczowy, ciepły głos w słuchawce i trochę się uspokoiła. Wyjaśniła mu wszystko co zaobserwowała u chorej. Lekarz pojawił się po pół godzinie. Pani Connelly nie ma przed sobą niestety zbyt długiego życia, chyba że uda nam się wzmocnić jej organizm. Ma kolejny atak bronchitu. One pojawiają się zbyt często, żeby jej kruchy organizm mógł to przetrwać bez poważnych komplikacji, a ten jest wyjątkowo ciężki. Proszę jej podawać bromoheksynę, panno Connelly. – ? –

– Bromoheksynę? –

– Tak, ale tylko jedną tabletkę dziennie. Więcej spowodowałoby niechybną śmierć pani matki. Zasadniczo można stosować więcej, ale jej organizm jest już zbytnio wyniszczony. – Sarah stosowała się do nakazów lekarza. Pewnego dnia Sarah musiała wyjechać do Gweedore po zakupy. Zostawiła matkę w łóżku pod nadzorem swojej niańki – Molly. – Molly, opiekuj się moją matką. Muszę wyjechać po zakupy, a znając życie przyjadę wieczorem. O dziesiątej podaj jej tabletkę bromoheksyny. Tylko jedną, dobrze? – Oczywiście, panienko Sally. Proszę się tak o nią nie martwić, wszystkiego dopilnuję. – Sarah spokojna wyszła z domu. Ponieważ jak na XIX w. droga z Ballygrand do Gweedore była fatalna, Sarah zeszło znacznie dłużej niż przypuszczała. Szła najpierw skalistą drogą, żeby wydostać się z tej dziury jaką według jej opinii była ta miejscowość. Podziwiała cały świat wokół. Potem dalej podwiózł ją Seoc MCKinley, jej oddany przyjaciel, który już nie pierwszy raz wyświadczał jej ową przysługę, bo zawsze gdy dziewczyna gdzieś wychodziła, Seoc akurat tamtędy przejeżdżał, tak, że Sarah czasem ze śmiechem pytała go, czy on przez całą dobę objeżdża okolice tylko po to, aby podwieźć zdrożonych wędrowców, czy też śledzi ją, i zawsze pojawia się, gdy jest potrzebny. – To moja szkocka, niezawodna intuicja, Sally – odpowiadał wtedy Seoc. Pomimo iż dzieliła ich duża różnica wieku oraz pochodzenie, ich stosunki były bardzo poufałe, co niejednokrotnie gorszyło miejscowe plotkarki. Seoc zawsze twierdził, że one same mają za mało interesujące życie, i muszą się ślępić na innych, a jeszcze do tego ich krytykować, jakby same były święte, i mówiąc to uważał, że jest bardzo oryginalny, chociaż wszyscy od dawna to wiedzieli. MCKinley poczekał nawet na dziewczynę, bo zakupy trwały dużo krócej niż droga. Pojechała z nim, a na drodze w Silverlake gdzie było mnóstwo wykrotów, zepsuła się oś. Naprawianie potrwało z dobrą godzinę, aż wreszcie doturlali się do domu. Sarah wyszła nad morze żeby odpocząć. Wtedy całkowicie odmieniło się jej życie. Zobaczyła na plaży młodego mężczyznę, niewiele starszego od niej. Obserwowała go uważnie. Miał bujne, czarne włosy, czarne, niesamowicie przenikliwe oczy, a cała jego postać, smukła i wysoka świadczyła o sile zarówno fizycznej jak i charakteru. Twarz miał raczej pociągłą, było w nim coś mrocznego, łagodził to trochę uśmiech, który jakby mimowolnie wypłynął na jego twarz. Wydawał się intensywnie nad czymś myśleć, tak że nawet nie zauważył Sarah, z czego ona była zadowolona, bo mogła mu się uważniej przyjrzeć. Nigdy wcześniej go nie widziała, ale miała wrażenie, jakby kiedyś, wieki temu już dobrze go poznała. Patrzyła to na morze, to na niego i czuła euforię, choć sama nie wiedziała dlaczego. Bardzo jej się spodobał, niewątpliwie, ale czy to był powód? Potem przestała się na niego patrzeć, bo przestraszyła się, że to zauważy, choć wydawało jej się dziwne, że jeszcze jej nie dostrzegł. Teraz z kolei ona się zamyśliła. Dopiero po chwili poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Co ty tu robisz? – powiedział nieznajomy, i choć owo powitanie nie należało może to najbardziej wysublimowanych, dla Sarah zabrzmiało co najmniej jak muzyka z zaświatów.

– Ee, właściwie nic. Patrzę sobie… na… chmurki i na morze. -Hmm, . Chmurki i morze. Fascynujące. – Też tak myślę. – rzekła Sarah i parsknęła nagle niekontrolowanym śmiechem. Chłopak mimowolnie się do niej przyłączył.

– Co cię tak rozbawiło? – Sarah musiała się nad tym chwilę zastanowić, bo sama nie bardzo wiedziała, dlaczego tak się zachowała. To, że rzadko się zdarza, żeby ludzie inicjowali znajomość w taki dziwaczny sposób jak my. –

– Wiesz, – powiedział nagle chłopak z ożywieniem w oczach – Skoro tak pasjonują cię chmurki i morze, to może jesteśmy pokrewnymi duszami. Ja nie mogę powiedzieć, żeby to było moje główne zainteresowanie, ale czasami bardzo lubię się pogapić na jedno i drugie, dlatego też często tu przychodzę. –

– Nigdy cię tu nie spotkałam, a też przychodzę tu przynajmniej raz w tygodniu. –

– Widocznie dopiero dzisiaj Bóg postanowił połączyć nasze drogi, innego wytłumaczenia nie widzę. –

– Jak się nazywasz – zapytała praktycznie Sarah.

– Annachie Morgan. –

– Jak?? –

– Annachie. Wiem, że to bardzo dziwne imię, podobno kiedyś było nawet dość popularne, ale w tych czasach wszyscy pukają się w czoło, gdy słyszą moje dziwaczne imię. Mi tam się podoba. Moja matka uwielbiała w młodości balladę „Annachie Gordon”, o Annachie i Jeannie, a że jest romantyczką, to tak mnie nazwała, ku zgorszeniu całego Kilkelly. –

– Jesteś z Kilkelly? –

– Tak. –

– Mi też podoba się twoje imię, jest takie rzadkie i oryginalne. Ja jestem po prostu Sarah Connelly. –

– Mi się moje imię nie podoba, bo nie lubię Annachie’ego ani Jeannie z tej ballady, a poza tym niektórzy, którzy nie znają tej ballady, gdy mnie oczekują i znają moje imię, często myślą, że jestem dziewczyną i że Annachie to jakaś wydumana forma Anny. Miło mi cię poznać, Po Prostu Sarah Connelly. – Sarah zaśmiała się

– Wystarczy Sarah. U nas w rodzinie też jest tradycja, nadaje się biblijne imiona. To tradycja z rodziny mojej matki – Gilmore’ów, ona sama nazywa się Ruth. Mam mnóstwo rodzeństwa, a ci z nas, którzy mają dwa imiona, pierwsze otrzymali od ojca, a drugie od matki. Po prostu nasz tatuś jest kapitanem – to znaczy był, bo już nie żyje – i nie zawsze był w domu, by wybrać nam imię po narodzinach, dlatego nie czekano z chrztem do jego powrotu, matka bała się, że jeśli będzie zwlekać z chrzcinami, to dziecko może umrzeć. Moja najstarsza siostra nazywa się Lucilla Anna, potem są bliźniacy: Elias i Samuel, potem Helen Susannah, Mary, Delilah, Finn James, William Phillip i ja. Potem urodziły się jeszcze liźniaczki Chloe i Claudia, ale zmarły, zresztą… -„Boże, ile ja gadam!” – pomyślała Sarah. „I to jeszcze o byle czym, on musi myśleć, że jestem strasznie głupia i gadatliwa”.

– Zresztą nieważne, nie wiem, po co Ci o tym mówię. Długo tutaj mieszkasz?

– Jakieś dwa miesiące. –

– A więc to pewnie dlatego jeszcze się nie widzieliśmy! Ty jesteś synem tych Morganów z Oak Hill! Masz piękną matkę. Moja kiedyś… –

– No, mów. –

– Moja kiedyś też była taka piękna… – Sarah obejrzała się płochliwie w stronę domu zastanawiając się, ile czasu mogło im minąć na tej beztroskiej rozmowie o niczym.

– Przepraszam cię bardzo, ale muszę już iść, matka czeka na mnie w domu. –

– Przyjdziesz tu jutro? –

– Chyba… zobaczę, czy będę mogła. –

– No, nie mów, że matka cię więzi? –

– Nie, jest chora, muszę się nią opiekować. –

– Szkoda, ale mam nadzieję, że będziesz mogła tu przyjść, ja jestem tu najczęściej wieczorami. –

– Postaram się. – zawołała Sarah, i biegnąc już do domu, radośnie pomachała mu ręką. Była w euforii, cieszyła się, że Annachie chce, żeby się jeszcze spotkali. Nie rozmawiali długo, ale Sarah czuła, że strasznie go lubi. Wróciła do domu. Molly spała snem sprawiedliwego. Sarah była rozpromieniona i zarumieniona po długiej drodze i wietrze morskim, a poza tym wciąż myślała o nieznajomym. Traf chciał iż zupełnie zapomniała o zleceniach jakie dała Molly, których wierna służąca oczywiście nie zignorowała. Sarah spojrzała na matkę której rozszerzone chorobą źrenice świadczyły o tym że nie śpi. Bez namysłu podała jej tabletkę. Położyła się spać. Następnego dnia ujrzała matkę nieżywą. O wszystkim powiedziała Molly

– Moja droga panienko Sally. Przecież ja podałam pani Connelly to lekarstwo wczoraj, tak jak sobie życzyłaś. – Sarah przypomniała sobie wszystko i osunęła się na ziemię. Doktor o niczym się nie dowiedział. Stwierdził tylko, że chora zmarła wskutek kompletnego wyniszczenia. Sarah poszła na plażę i długo płakała. Nie wiedziała nawet, że jest obserwowana. A obserwował ją Annachie. Po dwóch tygodniach przyszedł do Sarah z kondolencjami, bardzo uroczyście, tak jakby w ogóle się wcześniej nie spotkali. Dziewczyna była przygaszona i zupełnie wyniszczona. W jakiś czas później pojawił się znów i w końcu po trzymiesięcznej znajomości, Sarah uświadomiła sobie że jest zakochana. Obiekt jej westchnień również darzył Sarah uczuciem. Ale dziewczyna niewiele czasu poświęcała sobie. Wciąż ciążyła jej na sumieniu śmierć matki. Przecież jakby nie było została otruta przez nią, Sarah Connelly. Annachie nie może się o tym dowiedzieć. Sarah postanowiła odpokutować to, że uśmierciła własną matkę. Robiła to czego najbardziej nie lubiła. Zajmowała się pracami domowymi, szyła, prała, haftowała, gotowała i sprzątała a nawet robiła ponad połowę harówki całej armii służących jaką miała jej matka. Tak przeszły dwa lata i Sarah była już dziewiętnastoletnią dziewczyną o surowych rysach i zniechęconym wyrazie twarzy. Wciąż cieszyła się szacunkiem, ale raczej ludzie bali się jej niż lubili. Ludzie bardziej z nią związani twierdzili, że to jakieś jej dziwaczne wybryki, ale przecież nikt oprócz Molly nie wiedział, że ona, Sarah Connelly – córka takiego ojca, który znany był ze swej dobroci wobec innych oraz szlachetności – jest morderczynią. Chodziła z dumnie uniesioną głową ale w głębi duszy pogardzała sobą. Annachie kochał ją nadal, ale nie rozumiał jej postępowania. Gdyby się tak nie zżyli, z pewnością ta miłość nie przetrwała by takich prób. Annachie pewnego dnia przyszedł i oświadczył się jej. Zdawało mu się że już niedługo będzie miał Sarah i będzie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ale ona odmówiła. Nie mógł tego zrozumieć, przecież wiedział, że go kochała, nie miał wątpliwości co do tego. Annachie odszedł z jej życia tak nagle jak się pojawił. Ale w jej myślach królował niepodzielnie wraz z matką oczywiście. Po kolejnym roku jednak Sarah poczuła, że nie może już tak żyć i wreszcie zrozumiała, że tak jak zmarnowała życie matki, to teraz powoli marnuje i swoje. Wciąż jeszcze w długiej, powłóczystej, czarnej sukni z szorstkim kołnierzem poszła do domu doktora Nesbitta. Zdziwił się niezmiernie gdy ujrzał tą dziewczynę na progu swej „rezydencji” ale przyjął tak gościnnie jak umiał.

– Ja, ja chciałam panu coś wyjawić, doktorze – – szepnęła.

– Moja matka… moja matka nie żyje tylko i wyłącznie z mojej winy. –

– Ależ dlaczego niby z pani winy. –

– To ja otrułam ją bromoheksyną. Ale opowiem panu całą tą historię tylko proszę mi nie przerywać ja i tak wiem że jestem od trzech lat najgorszą istotą na ziemi, ale naprawdę nie chciałam. To życie, które prowadziłam to była moja pokuta, ale dłużej już nie mogę. Kocham mojego Annachie i nie mogę bez niego żyć. Muszę komuś o wszystkim opowiedzieć żeby zmazać winę, tylko czy Annachie będzie chciał mieć żonę-przestępczynię? – opowiedziała lekarzowi o swym czynie, a on jako człowiek dobroduszny, który dużo przeżył zrobił coś takiego czym Sarah była niepomiernie zdziwiona. Uśmiechnął się jowialnie, chwycił się pod boki i zaczął się śmiać tak, że mało nie spadł na ziemię ze śmiechu. Wreszcie gdy się uspokoił i zobaczył obok siebie urażoną, poważną i komicznie kontrastującą z jego zachowaniem twarzyczkę Sarah, otarł łzy śmiechu i powiedział

– Przepraszam za moją reakcję panno Connelly, ale nie przypuszczałem, że pani jest tak niemądrą osóbką. To nie była bromoheksyna. –

– Więc pan mnie oszukał? – zawołała jeszcze bardziej urażona.

– Więc ja zmarnowałam tyle czasu tylko dlatego że pan mnie oszukał? Więc co to było? –

– Nie, nie oszukałem pani. Najpierw istotnie przyniosłem bromoheksynę, ale kilka dni później gdy przyszedłem skontrolować stan chorej zabrałem ją do domu. Była wtedy tylko pani niania, powiedziałem jej że stan pani matki się polepszył i że zostawiam w tej samej buteleczce środek wykrztuśny, bo nie ma już gorączki. Poleciłem jej, żeby to pani przekazała i przesypałem ów lek do buteleczki po bromoheksynie. Następnego dnia Molly podała jej nie bromoheksynę, a to lekarstwo i to samo uczyniła pani wieczorem. Matka pani więc jak stwierdziłem wtedy w dniu jej śmierci, nie zaprzeczalnie zmarła z wycieńczenia. Ten lek który wzięła wtedy nie miał praktycznie żadnych skutków ubocznych. – Sarah spojrzała na Nesbitta z wdzięcznością i omal nie wyskoczyła ze skóry. Pobiegła wzbudzając ogólną sensację do domu, znów jako młoda i świeża dziewczyna, a nie pokutująca mniszka. W domu przebrała się w powiewną białą suknię i jak na skrzydłach pobiegła do domu Morganów, gdzie wszystko wyznała Annachie.

– teraz wszystko rozumiesz? –

– Tak, Sarah. A czy Ty teraz spełnisz moje największe marzenie? –

– Tak. – nie powiedziała nic więcej, bo łzy wzruszenia i radości zaczęły płynąć po jej policzkach. A już rok później Sarah Morgan była szczęśliwą matką.

Pierwszy normalny wpis w Drimolandii.

Witajcie!

Czas najwyższy, żeby wreszcie cóś zaczęło się tu dziać. Wszystkie wpisy z mojego poprzedniego bloga z Klango są już tutaj przeniesione, więc ci, którzy mieliby na to ochotę i chcieliby je poczytać, mogą to zrobić. Szkoda, że niestety nie udało mi się przerzucić komentarzy Czytelników mojego poprzedniego bloga, które jakby nie było są również jego częścią, ale myślę, że tutaj w Drimolandii i tak będziemy mieć szersze możliwości. Gorąco więc zapraszam do pojawiania się w Drimolandii wszystkich tych, którzy mają na to ochotę i chcą poczytać cóś dziwnego. Zapraszam oczywiście również do komentowania wpisów, jako, że bez tego żaden blog nie istnieje w pełni, a jak już pisałam na moim poprzednim blogu, blog nie jest dla mnie jedynym i niesamowicie niezbędnym miejscem, gdzie się wypisuje. Blog jest miejscem, w którym piszę dla ludzi, od wszelkiego innego pisania mam pamiętnik i te sprawy. Dlatego jeśli nie będzie tu ludzi, którzy będą zaznaczali swoją obecność, blog po prostu umrze śmiercią naturalną. Niestety muszę Was przeprosić, zwłaszcza tych, którzy nie czytali moich wcześniejszych wpisów w takiej kolejności, w jakiej się pojawiały, że z wielu powodów – w tym głównie z powodu chronicznej niedyspozycji serwera Klango, wpisy nie są tutaj chronologicznie, ale są one i tak już raczej przeterminowane, najnowszy powstał w połowie marca, więc nie powinno Wam to jakoś bardziej przeszkadzać, taką przynajmniej mam nadzieję.

Czytelnikom mojego poprzedniego bloga – chociaż właściwie chyba w pewnym sensie wszystkim, – powinnam chyba trochę opisać cóż to się u mnie działo przez ten prawie rok jak nie pisałam i tworzyłam tego nowego bloga.

Skończyłam gimnazjum! – Taak. To jest jednak sukces. Nie żebym jakoś bardzo przypuszczała, że go nie skończę, ale jednak. Poważną naukę zaczęłam prawie w marcu, bo wtedy zaczęłam chodzić do szkoły i ogólnie był to rok bardzo crrazy tak ogólnie. A poza tym, gdy się weźmie pod uwagę moje absolutnie „genialne” umiejętności matematyczne, to aż się wierzyć nie chce, że ja w ogóle mogłam zdać egzamin, ale jednak, jest to fakt. Faktem jest również to, że zawdzięczam to głównie mojej niezawodnej intuicji. Rozwiązywałam ów egzamin kompletnie na czuja, kompletnie strzelając „No to załóżmy, że tu będzie C”. „A tu A”. „Nooo załóżmy, że tu też będzie A”. Czasami to strzelanie było poparte rzeczywiście jakimiś minimalnyi przebłyskami faktycznej wiedzy, jaką dysponował mój mózg, ale to było może trzy, góóóra cztery razy. Zadań otwartych nie ruszyłam w ogóle i skończyłam jakieś dwadzieścia minut przed czasem, ale egzamin zdałam, chyba zresztą na najmniejszą liczbę punktów, ta ostatnia informacja jednak niewiele mnie obchodziła, cieszyłam się jak fiś, że w ogóle to zdałam. Natomiast z inglisza było podobno bardzo fajnie, chociaż mi się wydaje, że i tak troszeczkę za mało, jak na moje możliwości, no ale dobra.

Miałam iść do liceum do klasy lingwistycznej, ale dyrektorka nie wyobrażała sobie, jak ja miałabym napisać certyfikat z inglisza, no bo oni jej nie dostarczą próbnych materiałów czy czegoś tam w brajlu do czytania ze zrozumieniem. Więc w końcu stwierdziłyśmy, że pójdę do politologicznej. Do politologicznej jednakże też nie poszłam. Miałam natomiast iść do wieczorówki, bo po co w ogóle ja mam się wysilać z nauką, skoro i tak mi to tylko do matury potrzebne, a potem tylko języki. Więc miałam iść do wieczorówki i po prostu więcej uczyć się sama. Jak Mamula zadzwoniła do tej szkoły, to babka jej powiedziała, że w takim razie jeszcze lepiej będzie, jak pójdę do liceum zaocznego, potem jeszcze przewinął się mojej Mamulce genialny pomysł, zebym się uczyła w Bydgoszczy tylko na jakichś tam innych zasadach, które nie wiem, czy gdziekolwiek istnieją :D Więc w końcu stanęło na tym, iż jestem w szkole zaocznej, zresztą w tym samym budynku, w którym moja Mamula chodziła do ogólniaka no i jest bardzo gites. Teraz właśnie praktycznie skończył się nam pierwszy semestr i niedługo zacznie się sezon na egzaminy.

Mam skanera! – Więc kto wie, możliwe, że na moim blogu będzie sporo recenzji książkowych. Możliwe też, że jednak nie będzie ich w ogóle, to zależy od tego, czy będzie mi się chciało i czy Wam się będzie chciało je czytać, dopuszczam też możliwość iż będę jakoś tam po swojemu recenzować nowe albumy, które jakoś szczególnie przykuły moją uwagę.

Wreszcie mam STABILNĄ sieć w Braille-Sense’ie! – dla Was to w sumie nic ciekawego, ale spora zmiana w moim życiu.

Wróciłam do koni! – Co niezmiernie mnie cieszy, przy okazji Zofijka załapała fazę i chyba wielbi konie jeszcze bardziej niż ja, a ja zastanawiam się, jak ja tyle lat mogłam bez tego wyrobić.

Próbowałam pisać… harlequina! – I niewykluczone, że jeszcze kiedyś spróbuję, jak stwierdzę, że mi to się przyda w życiu. Jednakże na razie tego nie kontynuuję. Otóż: parę miesięcy temu stwierdziłam podczas jednej z chandr, ze właściwie to ja nie wiem co ja mam robić, że właściwie to ja nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczę Vreeswijka, w co mimo, iż nie zamierzam się poddawać, coraz bardziej wątpię, że… a właściwie to czemu by nie zacząć pisać jakiejś książki? Tak to za mną chodziło, chodziło, chyba z jakiś tydzień, aż wreszcie gdzieś przeczytałam, że niejaka Mary Barbara Hamilton Cartland, znana jako Barbara Cartland, czyli autorka bardzo poczytnych harlequinów (przynajmniej w krajach anglojęzycznych, nie wiem jak w Polsce, zresztą nie obracam się w środowisku, które by mogło z czystej pasji czytać Cartland, a jeśli nawet, to nikt mi się z tym nie zdradzał) potrafiła napisać jedną książkę tygodniowo. Myślę sobie: „Kurczę, w takim razie napisać harlequin musi być bardzo łatwo, łatwiej, niż myślałam”. I wtedy przypomniało mi się, jak kiedyś pokazałam mojej Mamuli jakieś opowiadanie, wieeki temu to było, i Mamula stwierdziła, że to jest jak jakiś harlequin. Nie wiedziałam wtedy, co to jest harlequin, ale miałam bardzo silne wrażenie, że to coś albo niestosownego, albo żenująco głupiego i niskiego. Jak wróciłam do internatu, to się „poskarżyłam” dziewczynom, że moja Mamulka powiedziała, że to co ja napisałam, wygląda jak harlequin. Wtedy nasza wychowawczyni stwierdziła, że skoro ja lubię pisać, to mogłabym pisać harlequiny, bo to fajny biznes. Ja się obruszyłam, nie wiem dlaczego, ale wtedy pisanie harlequinów było dla mnie czymś absolutnie okropnym i poniżającym, teraz za coś takiego uznałabym prędzej czytanie harlequinów, jeśli ktoś nie robi tego z odpowiednim dystansem. Ale jakiś czas temu zaczął mi w mózgu kiełkować pomysł, żeby napisać harlequina. Takiego prawdziwego harlequina dla prawdziwej grupy docelowej, dla której pisze się harlequiny. Stwierdziłam, że napiszę go oczywiście pod jakimś śmiesznym i pretensjonalnym pseudonimem, nie pamiętam, jakie ja tam sobie nazwisko wymyśliłam, ale miałam mieć na imię Żaklina. Potem to się zmieniło, ale do tego zaraz dojdę. Ale jak właściwie napisać takiego harlequina? Nigdy wcześniej nie czytałam harlequinów, a jeśli nawet, to nie miałam tej świadomości, no chyba, że za harlequin uznać „Kopciuszka” Grimmów. Dlatego zaczęłam rozglądać się za harlequinami i jakąś, nazwijmy to tak szumnie „inspiracją”. Miało to być tylko cóś wyłącznie experymentalnego i nie miałam zamiaru pisać tego, żeby dać ujście jakiejś wenie, tylko się sprawdzić, a przy okazji jak najwięcej zarobić, skoro to taki „fajny biznes”. Ilość harlequinów jakie znalazłam chociażby na chomiku dosłownie mnie przytłoczyła i dzięki temu mogłam sobie wyobrazić, jakie jest zapotrzebowanie na taką lekką literaturę. Oczywiście najpierw czytałam Barbarę Cartland. „Hmmm, gdyby każda książka miała tyle stron i tak prostą fabułę, jedna bardzo podobna do drugiej, tak, że momentami człowiek ma de ja vu, to niektórzy może nawet częściej niż co tydzień wydawaliby książkę” – myślałam. Podobały mi się nieco pretensjonalne imiona bohaterek Cartland, nie do użycia w realu, moim zdaniem nawet w USA, ale do książki nadające się idealnie i początkowo chciałam moją bohaterkę również nazwać jakimś dziwacznym imieniem, ale w końcu zmieniłam zamiar, pozostałam jednak przy koncepcji, że będzie to romans historyczny. Potem czytałam Bertrice Small. Przytłaczały mnie czasami wątki miłosne i zastanawiałam się, czy ja będę potrafiła zrobić to równie przekonująco, ale w końcu od czego człowiek ma wyobraźnię. Postanowiłam, że u mnie tło historyczne będzie równie bogate i barwne jak u Small. Miałam dosyć harlequinów i tego wszystkiego, zwłaszcza harlequinów z Anglii okresu regencji, od których sieć aż pęka w szwach, ale musiałam znaleźć jeszcze jakieś polskie harlequiny rozgrywające się w innej epoce. Szczerze mówiąc, takiego klasycznego harlequina historycznego powstałego w Polsce nie znalazłam, ale może źle szukałam. Pomyślałam, że jednak warto byłoby zaryzykować i napisać takiego harlequina jak te anglojęzyczne, mnogość tych, które są przetłumaczone na polski świadczy, że zapotrzebowanie chyba jest. Przeszłam więc do ustalania tego, jak powinien wyglądać świat przedstawiony. Miejsce akcji – hmmmm… może gdzieś u Wikingów? Nie, to za bardzo oklepane jak na harlequina, a dla mnie będzie profanacją wikingów. Anglia odpada, bo za dużo harlequinów tam się rozgrywa. A może… może Bizancjum? Bizancjum to była myśl, która od razu mi się spodobała. A więc moja bohaterka miała być Bizantyjką. Nie nadałam jej jednak żadnego excentrycznego imienia, miała się nazywać po prostu Maia. Zastanawiałam się nad tym, czy nie obsadzić w roli jej ukochanego jakiegoś legendarnego, sławnego faceta. W końcu dałam sobie spokój z tą sławą, ale wciąż myślałam o kimś legendarnym. I przyszedł mi do mózgu pewien Walijczyk, niejaki Madoc Ab Owain Gwynedd, który był księciem, który według walijskich legend w 1170 roku dopłynął do Ameryki Północnej, Jeszcze Przed Wikingami, a co dopiero mówić o Kolumbie i całej reszcie! Madoc miał być synem Owaina Gwynedd z nieprawego łoża, jego ojciec był władcą walijskiego Królestwa Gwynedd w XII w. Gdy Owain umarł, między jego synami i krewnymi dochodziło do konfliktów i w tym czasie Madoc wyprawił się na morze. Wylądował gdzieś w pobliżu Meksyku, Florydy lub Alabamy i założył kolonię. Potem wrócił do Walii, aby ściągnąć na zachód kolejnych osadników. Ja wymyśliłam, że Madoc był wcześniej korsarzem i podczas jednej ze swoich podróży zetknął się z Maią, ale w końcu stwierdziłam, że jeśli to Madoc ma być głównym bohaterem, to pewnie będę zmuszona do opisywania jego drogi do Ameryki i w ogóle, a tego nie chciałam. Dlatego na wybranka Mai wybrałam Gwillyma – jednego z przyjaciół Madoca, który razem z nim trudnił się korsarstwem. Maia miała być nieślubną córką któregoś z cesarzy bizantyjskich, stanęło na tym, że Andronika I Komnena, raczej z Teodorą Komneną, bo nie wiadomo, ile dokładnie mieli dzieci, więc jednym z nich mogła być Maia, tyle, że kojarzę, że coś mi tam z tą Teodorą nie pasowało, chyba to, że za późno ją poznał, żeby mógł być ojcem Mai czy coś takiego. Długo jednak biedziłam się nad ojcem dla niej, tak, że każdego dnia, zanim zasnęłam, przez mój mózg przewalały się tabuny cesarzy bizantyjskich. Andronika uważałam za najlepszego nie tylko z powodów czysto chronologicznych, Maia miała po nim odziedziczyć wiele cech, które ubarwilyby jej życie, miała też ciekawe przyrodnie rodzeństwo. Nie udało mi się satysfakcjonująco dla siebie samej określić, w jakiej sytuacji Maia mogłaby bez rodziców czy rodzeństwa, jedynie z jakąś służącą uciekać z kraju i dlaczego, chyba wymyśliłam, że w wyniku tego, że jej ojciec narobił sobie tyle problemów, ile miał w rzeczywistości, a może i jeszcze więcej, przebywanie w Bizancjum nie było dla niej wskazane, a przy okazji rodzice zaręczyli ją z księciem Prowansji, taka była chyba moja wersja ostateczna. Ale po drodze zgarnęli ich statek walijscy korsarze, statek się rozbił, Maia uderzyła Głową o klif (klifów w moich opowiadaniach i wszelakiej literackiej twórczości jest spoooro), a uderzyła mózgiem tak silnie, że na jakiś czas straciła pamięć, żeby było ciekawiej walijskiego oczywiście nie znała, w ogóle wskutek szoku miała problem czasowy w porozumiewaniu się z otoczeniem, nawet po grecku czy turecku ze swoją służącą. Szlachetnie bardzo w tym momencie miała postąpić matka Gwilllyma, ponieważ chcąc zadośćuczynić dziewczynie za wyrządzoną jej – po części także przez Gwillyma – szkodę, wzięła ją doo domu i troskliwie się opiekowała zarówno nią, jak i jej towarzyszką podróży. W miarę rekonwalescencji Mai miała się rozwijać wspólna fascynacja dwojga młodych ludzi, aż do tragicznej śmierci Andronika, na której pojawili się oboje i po tych tragicznych wydarzeniach, głęboko poruszeni, mieli wyznać sobie miłość. Napisałam trzy rozdzialy, wybitnie pomagał mi w tym… Tatul, pomagając mi znaleźć różne miejsca, a więc dokładając się do opisów scenerii jak i rozbudowując moją wiedzę i wyobrażenia dotyczące kręgów kulturowych o których pisałam, bo chociaż miał to być tylko harlequin, to jednak uważam, że niezależnie przy jakim gatunku, autor zawsze powinien wiedzieć jak najwięcej, żeby czytelnik nie mógł się przyczepić. Stąd pewnie moje ciągłe schizy, że gdzieś mi się chronologia posypie i wszystko weźmie w łeb. Przy okazji doszłam do wniosku, że bardzo mało facetów pisze harlequiny, a jeśli nawet tak nie jest, to piszą pod babskimi pseudonimami, więc ja postanowiłam napisać pod pseudonimem facetowym. A dlaczego w końcu tego harlequina nie napisałam? Otóż jak Wam już pisałam, powody dla których się tym zajęłam, oprócz chęci experymentowania były wybitnie praktyczne i materialistyczne, a w jakiś czas po tym, jak zaczęłam bardzo ostrożnie wcielać mój pomysł w życie i nadawać mu w miarę realny kształt, dowiedziałam się, że w perspektywie mam pracę, a mój Tatul będzie moim szefem. Mam mu jakieś tam przelewy internetowe robić i z tego miesięcznie mam mieć pińć stów od PFRONu, co mi bardzo pasuje. Więc harlequina zostawiłam, zresztą i tak czuję, że zamiast harlequina powstałaby typowa powieść historyczna z wątkiem miłosnym i jeszcze machnęłabym się w kilku miejscach z chronologią czy czymś takim. Nie macie pojęcia, z jaką radością wróciłam do mojego kochanego Jacka Hamiltona (dla tych, którzy dopiero pierwszy raz są w Drimolandii i się nie orientują: Jack Hamilton jest głównym bohaterem książki, którą piszę od wieelu lat i skończyć nie zamierzam, mimo, że czas byłby najwyższy, bo Jack naprawdę jest już w sędziwym wieku, a ja piszę o nim od jego dzieciństwa. Pisanie Jacka jest dla mnie jedną z odstresowujących, trochę nałogowych czynności)!!! Miałam wrażenie, że nawet Jack jest jakiś taki bardziej plastyczny i bardziej daje mi sobą rządzić niż zwykle, gdy to niby ja piszę książkę, a i tak nie mam u niego żadnego autorytetu i on sobie robi co chce, a ja się zastanawiam, co ja wypisuję. Jacka Hamiltona nigdy nie wydam. Kiedyś zastanawiałam się, czy czasem tego nie zrobić, ale on jest po pierwsze za długi, żeby komukolwiek chciało się go czytać w całości, a po drógie jest MÓJ. Niestety, nie umiem się nim dzielić. Wydanie Jacka Hamiltona jest dla mnie czymś takim, jak dla przeciętnego człowieka zainstalowanie sobie w domu monitoringu i wysyłanie do sieci tego, co mu się tam nagrywa, albo chamskie odrzucenie kogoś bliskiego ze swojego życia i zostawienie go swojemu losowi. Nie wiem, jak to Wam jakoś zgrabnie opisać, po prostu Jack jest moim przyjacielem i od jakiegoś czasu, chyba od tego nieszczęsnego harlequina jestem już zupełnie pewna, że nie chcę, nie dam rady go wydać i dzielić go z kimś innym. Najgorsza byłaby dla mnie świadomość, że jednak ktoś go polubił i to tak samo jak ja, przywiązał się do niego, nie zniosłabym, gdyby jakimś cudem „Jack” odniósł taki sukces, że ludzie zaczęliby pisać fanfiki. Bardzo mało to wszystko byłoby prawdopodobne, ale po pierwsze ludziom różne rzeczy się podobają, a po drugie wszystko się może zdarzyć. Byłabym o niego po prostu zazdrosna w najbardziej prymitywny sposób, a jednocześnie tak, że nie umiem chyba Wam tego jakoś klarownie wyjaśnić. Dlatego ja będę pisać sobie tego Jacka, razem z nim robić różne rzeczy, wyobrażać sobie, że istnieje i on tak będzie żył i żył i żył, w końcu będę musiała dać mu jakiś elixir młodości, bo jak będzie tak żył i żył i żył to w końcu się zeschnie jak ten jakiś gościu z mitologii greckiej, którego Zeus zrobił nieśmiertelnym, ale pożałował mu wiecznej młodości, jeszcze go jakaś demencja weźmie czy co. Dobra, dosyć o Jacku.

Nie ruszyłam się ani o milimetr z tłumaczeniami Cornelisa Vreeswijka! – :'( Niestety. To znaczy oczywiście, tak jak dawniej, przybywa mi luźnych, niepowiązanych ze sobą przeróżnych projektów na to, jak można by zrobić po naszemu jakiś wiersz Vreeswijka, zaczynam robić, idzie mi pięknie, ale w którymś momencie tak się zapultam, że nie wiem, jak z tego wybrnąć, żeby to ładnie wyglądało. Obecnie mój Braille-Sense jest wręcz zagracony mnóstwem fragmencików, które jakoś tam skleciłam po polsku, normalny człowiek to by się zastanawiał, co to w ogole jest i do czego, bo nic z tego ogarnąć nie idzie, tak sądzę :D ale mi akurat to szczególnie nie przeszkadza. Jeśli coś mi się w najbliższym razie uda zrobić, to obstawiam, że będzie to „Nog Finns Det Här I Världen Att Sjunga”, albo „Balladen om bonden och djävulen”, o ile znowu nie utknę w jakimś martwym punkcie i nie będę mogła się ruszyć w żadną stronę. W każdym razie to idzie mi póki co najlepiej, chociaż wyjątkowo żółwim tempie. Martwi mnie trochę ten stan rzeczy, mój mózg też się chyba martwi, bo już kilka razy śniły mi się jakieś makabryczne sny z tymi tłumaczeniami, chyba najstraszniejszy był taki, że rzeczywiście, przetłumaczyłam chyba nawet wszystkie wiersze Vreeswijka, a nawet piosenki, zrobiłam taką piękną polską antologię Vreeswijka, idę ja sobie z tym do jakiejś babki z wydawnictwa i jestem przerażona, bo przypisy zajmują w tej książce więcej miejsca niż twórczość Vreeswijka, bo miałam wrażenie, że taki normalny człowiek z Polski, jak się zetknie tak nagle z twórczością Vreeswijka to może mieć z pewnymi rzeczami problem. Skoro nawet ja, chociaż dużo czasu poświęcam na rozgryzienie Vreeswijka, szwedzkie realia czy w ogóle kultura skandynawska raczej obce mi nie są, pytam się gościa ze Szwecji, o co chodzi w „Getinghonung Provencale”, bo ja niby wszystko rozumiem, ale momentami nie bardzo wiem, o co idzie, a on mi odpisuje, że tam jest pełno szwedzkich przenośni i on by mi to zrobił na inglisza, ale nie wie jak hahaha. No to sytuacja wygląda ciekawie dla człowieka, który o tym wszystkim nie ma zielonego pojęcia. Dlatego czasem się zastanawiam, czy tłumaczenie Vreeswijka na polski nie jest równie bezsensowne jak usiłowanie hodowli pomarańczy na polskiej ziemi. Po prostu się nie przyjmie. No ale ile będę mieć inwencji, tak długo będę próbować. Na szczęście w tym moim śnie w końcu nie dotarłam do tej babki z wydawnictwa, bo się obudziłam, ale ciekawa jestem, jaka byłaby jej reakcja hahahaha. Kiedy indziej miałam jakiś taki pokręcony sen, w którym głęboko się zastanawiałam jak by można przetłumaczyć „Felicias Sonet”. Pamiętam, że wymyśliłam cóś, co wyglądało sensownie, przynajmniej w tym śnie. Obudziłam się i większość mi z mózgu wyparowała, ale… pamiętałam kilka początkowych wersów. Wstałam, chociaż była chyba czwarta godzina, odpaliłam Braille-Sense’a i chciałam uwiecznić to, co miałam w mózgu, ale… w tej jednej chwili wszystko z tego snu z mózgu mi wyparowało. Wściekła byłam straszliwie. No ale co mogłam zrobić. A w ogóle co do moich snów to są naprawdę ostatnio bardzo ciekawe i żywe, więc pewnie często będą tematem moich wpisów, ostatnio na przykład śniło mi się, że byłyśmy z Zofijką uwięzione w jakimś wulkanie, który nagle postanowił się uaktywnić. Z fazami jak widzicie bez większych zmian! – Wciąż w moich fazach króluje Vreeswijk, chociaż przez krótki czas na początku wakacji miałam wrażenie, że ulegnie to zmianie. Taką silną miałam fazę na Sandy Denny, a co za tym idzie rownież na Fairport Convention i Fotheringay, w każdym razie na twórczość tych zespołó1), gdy Sandy była ich wokalistką, bo reszta ich dokonań jakoś mnie szczególnie nie kręci. Strasznie lubię Sandy do dzisiaj, ale już nie Aż tak szaleńczo. W ogóle dziwię się, że tak późno ją odkryłam (dzięki Ci, Last fm :D) Ona jest przecież jakby nie było prekursorką angielskiego folku i genialnie łączy go z rockiem, jest też autorką mnóstwa moich ulubionych angielskich, folkowych textów, które do tej pory znałam wyłącznie z coverów, ponieważ piosenki napisane przez Sandy są często śpiewane, nawet w Irlandii. Strasznie ją lubię. Poza tym jakiś wpływ na moje fazy miał też fakt, że wreszcie zaczęłam regularnie słuchać „Strefy Rokendrola Wolnej Od Angola” Doktora Wilczura w Trójce, chyba w ogóle najlepszej audycji w Polsce, jaka istnieje, no może tylko BIS-Up ją przebijał, jak istniał. Jeśli któś nie wie, czym jest „Strefa…”, to gorąco zachęcam takie osobistości do tego, żeby sobie w sobotę o północy włączyły radiową Trójkę, to się dowiedzą. Ja bardzo lubię „Strefę…” od dawna, ale ostatnio jeszcze bardziej, a w „Strefie…” poznałam kilka genialnych zespołów, które bardzo polubiłam, jak na przykład „Nine Treasures”, „Karpatia”, „Korpiklaani”, „MR. Huw” czy „Zen Cafe”, poniżej będzie link z moimi ulubionymi ich piosenkami i w ogóle z ostatnimi największymi odkryciami, to sobie zobaczycie, z czym to się je. Jeszcze raz zachęcam do słuchania „Strefy…”!!! Jest genialna! Poza tym spory wpływ na moje ostatnie małe fazulinki miał fakt, iż wreszcie zaczęłam się bawić Spotify, więc ilość małych faz bardzo wzrasta, zwłaszcza jeśli chodzi o folk skandynawski.

Ale pozwolicie, iż dziś skupię się głównie na moich rockowych odkryciach tego rocku. Dla czytelników, którzy wcześniej nie zetknęli się z moim blogiem: Poniżej macie link do Dropboxa, takie sobie zzipowane cóś, co ja nazywam archiwum, po pierwsze dla tego, że jest archiwum w formacie zip, a po drugie dlatego, że jest po prostu archiwum moich ostatnich odkryć. Gdyby któś nie wiedział, co z tym zrobić, należy to po prostu rozpakować, a potem w folderze macie listę plików. Myślę, że nie jest to trudna rzecz, ale piszę na wszelki wypadek, bo nie kazdy ma z tym na co dzień styczność.

Niestety z powodów technicznych w owym archiwum nie znalazł się zespół Nine Treasures, czego bardzo żałuję, ale myślę, że niedługo cóś z tym zrobimy. Poniżej link i opis zawartości:

https://www.dropbox.com/s/yap0838u5n3h74e/Pierwsze%20Archiwum%20W%20Drimolandii.zip?dl=0

Nic tutaj nie numerowałam, bo mi się nie chciało, więc jest normalnie alfabetycznie, dlatego na początku macie „Alison Gross” od Asonance. Co do Alison Gross, to korzeniami piosenka owa sięga do Norfolku. W ogóle pierwsza wersja tej piosenki jaką poznałam to wykonanie Folque i od pierwszej chwili, gdy zetknęłam się z tym tytułem, miałam wrażenie, że jest mi skądś znany, że imię i nazwisko Alison Gross nie jest mi obce. Pewnie mi się wydawało, nie wierzę w reinkarnację, gdybym wierzyła, pewnie bym pomyślała, że gdzieś się musiałyśmy spotkać, jak byłam w jakimś innym wcieleniu. Al(l)ison Gross/Cross to „najokropniejsza czarownica w północnym kraju”, która według owej piosenki usilnie próbowała namówić jakiegoś faceta, narratora tej opowieści, żeby ją pokochał. Ucieka się w tym celu do wszelkich dostępnych sobie sztuczek i podstępów i – moim zdaniem w desperacji – próbuje za wszelką cenę skusić gościa wszelkimi dobrami doczesnymi, żeby tylko z nią był: najpierw czesze mu włosy, potem podaje mu szkarłatny płaszcz, jedwabną koszulę wyszywaną malutkimi perłami i złotą filiżankę pełną słodkiego wina. Gościu jest jednak upartym idealistą, wskutek czego Alison dmie trzy razy w róg, zaklina go tak, że on żałuje tego, iż tak się z nią obszedł, odbiera mu wszelkie siły, dotyka go srebrną różdżką zamienia go w: okropnego robaka, śliskiego gada, smoka czy co tam jeszcze, zależy od wersji i regionu i przywiązuje do drzewa. Gościu czeka sobie i czeka, aż wreszcie królowa wróżek dotyka go trzy razy różdżką i odczarowuje. Hmmm, no źle Alison zrobiła, źle, ale ja to widzę tak: czy ktokolwiek gdzieś tam mówi o jej poprzednich złych czynach, jaka to była straszna i okrutna, czy jest jakiś dowód? Ja nie zauważyłam. Czy ona wobec niego była niemiła, biła go, krzyczała, gryzła, nie wiem co jeszcze? Nie! No, to co mu się nie podoba? Że nie jest ładna, czy że jest taka, jaka jest? No kurczę, nie wszyscy są tacy idealni, a moim zdaniem on się powinien cieszyć i być zadowolony, że ktoś go prosi o miłość, wysila się, zabiega o względy i w ogóle. A on jak wieeelki idealista się wzdragał, no to Alison się moim zdaniem słusznie wkurzyła – „No to masz, dziadu! Czekaj sobie na wróżkę!”. I słusznie. Ja jestem zdecydowanie po stronie Alison i nawet ją lubię, cholera wie czemu. A ten facet jest albo jak powiedziałam do bólu szlachetnym człowiekiem o wielkich ideałach, albo bał się mamusi, że się z dezaprobatą wyrazi o tym, z kim się ożenił, albo nie umiał myśleć samodzielnie i skoro wszyscy plotkują o Alison, że jest „czarownica”, to on też w to wierzy i się jeszcze jej boi, chociaż jest facetem. A może ona po prostu była jakąś… no na przykład znachorką? Dobra, tyle mojego wywodu. W tym archiwum macie trzy wersje: pierwsza jest Asonance – po czesku, taka folkowa, potem Folque – po norwesku, folkoworockowa, zespołu Malinky – po ingliszu, ale z moim ulubionym akcencikiem, czyli szkockim, bardzo folkowa i Steeleye Span – jest to wersja najstarsza, w poprawnej, brytyjskiej angielszczyźnie, jedna z najpopularniejszych i to chyba z niej Asonance i Folque robili sobie tłumaczenia, bardziej rockowa niż folkowa. Z każdej wersji idzie cóś tam zrozumieć, przynajmniej w moim przypadku i wychodzi interesująca całość. Aha, co do czeskiej wersji, dodam jeszcze, że o ile wiem, słowo „odporny” po czesku znaczy „okropny”, przynajmniej tak twierdzi Doktor Wilczur ze „Strefy…”. Doktor Wilczur twierdzi również, że jest lingwistą stosowanym, więc nie mam powodów mu nie wierzyć. No i pokrywałoby się to z innymi wersjami, że „baba odporna” to okropna.

Czas na Enyę. Wiem, że to się trochę gryzie z resztą archiwum, ale nie mogłam się oprzeć tej pokusie, w końcu NOWY ALBUM wyszedł!!! 20 listopada, jak on się pojawił, to ja myślałam, że jakiegoś kociokwiku dostanę, nie mogłam wyrobić ze szczęścia. W końcu siedem lat oczekiwania na album to sporo, no dobra, pięć, jeśli wliczyć kompilację „The Very Best Of Enya”. Więc to też było niemałe odkrycie. A więc wrzuciłam Wam singla, „Echoes In Rain”, którego może już nawet gdzieś słyszeliście i bardzo piękną piosenkę z tego albumu „So I Could Find My Way”. Aha, album nazywa się „Dark Sky Island”, tak kwoli ścisłości.

Potem jest Fairport Convention, czyli zespół o którym pisałam, w którym wokalistką była nie żyjąca już od lat niestety Sandy Denny, którą ja uwielbiam. Wrzuciłam Wam więc kilka utworów FC, jak i jej drugiego zespołu Fotheringay oraz solowych.

O Folque już pisałam, jest to norweski zespół, działający w latach 70-80 co bardzo słychać :) i oprócz wyżej wspomnianej Alison jest jeszcze „Dans, dans, Olaf Liljekrans”, tak jeszcze w ramach spróbowania Folque, a przy okazji dlatego, że mi się ta piosenka dobrze kojarzy.

Jest sobie taki zespół węgierski, który pamięta o przyjaźni polsko-węgierskiej do tego stopnia, że nawet zrobił polskie pieśni patriotyczne, tyle, że po węgiersku. Niestety, nie mam tego albumu :( jeszcze. Dlatego wrzuciłam jedną piosenkę od Karpatii, również wyłącznie ze względu na skojarzenia, pojęcia nie mam o czym jest, mimo, że węgierski i fiński to jedna rodzina języków, ja z węgierskiego nic nie jarzę, ale o ile znam Karpatię, to tematyka dotyczy historii Węgier. Nazywa się to „Horthy Miklos Katonaja Vagyok”. Oczywiście zespół ów poznałam w „Strefie…”.

Korpiklaani – zespół, który według Doktora Wilczura bardziej jest znany w Polsce niż w swej ojczyźnie – Finlandii. Nie szaleję za nimi, za dużo tam jak na mój gust, a przede wszystkim przekonania, pogańskich motywów, ale lubić się dadzą, dlatego wrzuciłam ich utwór „Lempo”, z najnowszego albumu.

Cały czas Finlandia. Jest sobie taki zespół Poropetra, który już Wam kiedyś pokazywałam przy okazji archiwum fińskiego. Jest to zespół niezależny, nieobjęty niestety opieką żadnej wytwórni i pewnie to jest powodem, dla którego zrobili tylko jeden album, za to jest to album w moim przekonaniu bardzo dobry. Bardzo lubię szczególnie ich lidera, który ma niesamowite zdolności wokalne, chodzi mi o syberyjski śpiew alikwotowy, a zwie się Juha Jyrkäs.

Może niektórzy z Was kojarzą, że kiedyś pisałam, że moja Mamulka chciała ze mną jechać do Tajlandii, żeby mi oczy naprawili, to znaczy mózg. No więc ja postanowiłam zapoznać się trochę z tajską kulturą, muzyką, obyczajami. Trochę na zapas, w razie gdybyśmy jechały, a trochę tak po prostu, z ciekawości. Sądziłam, że tajska muzyka nie zrobi na mnie większego wrażenia, sądziłam, że jeśli któś może polubić muzykę z jakiegokolwiek azjatyckiego kraju, to albo któś, kto ma jakiś sentyment, albo z azjatyckimi korzeniami, albo ludzie, którzy mają słuch absolutny i do tego to po prostu lubią. Fakt, nie stałam się wielką fanką tajskiej muzyki, ale zwróciła ona moją uwagę i już nie uważam, że trzeba mieć słuch absolutny, żeby ją lubić, ja nie mam i nie lubię wszystkiego, ale są tajskie wokalistki, które lubię. Czyli Ream Daranoi i Yenyit Porntawi.

Zen Cafe to kolejny zespół, który poznałam w „Strefie…” i który jest z Finlandii i który polubiłam, podobnie jak twórczość solową ich wokalisty – Samuli Putro.

I to tyle jeśli chodzi o archiwum. Z rzeczy dzisiejszych, są dziś urodziny mojego Tatula, a przy okazji jak zwykle Declana, czyli obiektu mojej poprzedniej wielkiej fazy :D No i jakkolwiek nie przywiązuję szczególnej wagi co do dnia, w którym coś zaczynam, to jednak uważam, że miło się składa, że właśnie w tym dniu ruszyłam z Drimolandią. Niestety, mimo, iż mój Tatul ma dziś urodziny, nie zwalnia go ten fakt od pracy, w której nie znasz dnia ani godziny, jak Cię wezwą i obecnie mój Wielki Mistrz siedzi w cysternie i gdzieś tam jedzie. Poza tym dziś bawiłam się trochę z Zofijką.

Dobra, ja kończę tego megadługiego, chyba siedmiostronicowego wpisa, wysyłam go. Piszcie w komentarzach oczywiście, co myślicie o tym wpisie, oraz o blogu, czy Wam się podobało archiwum, czy Wam się podoba idea archiwów, to pytanie kieruję szczególnie do nowych czytelników, bo na Klango nie widziałam nic poza aprobatą, no i jeśli chcecie napiszcie, cóż tam u Was w kwestii Świąt, jak zamierzacie je spędzić i w ogóle. Co do mnie, nie jestem szczególnie entuzjastycznie nastawiona, pewnie miną mi pod znakiem spoorej nudy. Mamy też w czasie okołoświątecznym mnóstwo urodzin w rodzinie, dziś Tatul, potem okrągłe urodziny babci, dziadka i nieokrągłe, ale również urodziny drugiej babci :) Aha, oczywiście piszcie, jeżeli bardzo Wam przeszkadzają tak długie wpisy. Dla mnie jest to rzecz normalna, lubię czytać długie wpisy na blogach innych, o ile są interesujące, sama staram się pisać przynajmniej w miarę interesująco i lubię pisać, zwłaszcza dlugo, poza tym zawsze raczej uznawałam to za powód do dumy, że podczas gdy wielu ludzi wyrażasię w trzech zdaniach, a często i to im z trudem przychodzi, mi najczęściej nie wystarcza jedna kartka, a czasami nawet trzy. Na blogu klangowym też się jakoś nikt nie sprzeciwiał moim długim wpisom, co mnie niezmiernie cieszy, ale jeśli któś uważa inaczej i bardzo nie lubi az tak dlugich wpisów to niech pisze.

Ale na koniec jeszcze jedna rzecz. Na koniec mojego poprzedniego bloga napisałam, że znalazłam moje stare opowiadanie sprzed kilku lat, którym chętnie się z Wami podzielę, chociaż z reguły nie jestem skłonna do pokazywania wszem i wobec mojej twórczości, ale to uważam, że jest całkiem niezłe i można to pokazać ludziom, a myślę tak ze sporej perspektywy czasu, gdyż napisałam je w szóstej klasie. Nie oczekujcie zbyt wiele, to jest tylko takie małe cóś, myślę jednak, że całkiem fajne. Miłego dnia i czytania tego megadługiego wpisa. Mam nadzieję, że zadomowicie się w Drimolandii.

Pozdrawiam :)

Emilia

Czym jest faza?

Ostatnio doszłam do wniosku, że warto byłoby ten temat poruszyć, jakoś tak głębiej, bo niby każdy człowiek wie czym jest faza w jakimkolwiek znaczeniu, ale wydaje mi się, że powinnam trochę zająć się tą kwestią, chociażby dlatego, żeby podzielić się z Wami moim doświadczeniem oraz tym, co zaobserwowałam u ludzi, ale także definicją fazy, którą stworzyłam. Inspiracją do tego wpisu stało się dla mnie cóś, co przeczytałam na pewnej stronie, bądź co bądź traktującej o chorobach i innych zagadnieniach medycznych. Znalazłam tam artykuł o bardzo ciekawej nazwie: Idolomania. Idolomania? Też mi cóś. Nową chorobę jakąś wymyślili? Zajrzałam z ciekawości, żeby się przekonać, czy znowu lekarze alarmują, że istnieje kolejna choroba cywilizacyjna, obejmująca swoim zasięgiem młodzież, głównie gimbazjalną, głównie płci żeńskiej, i że wszystko przez Biebera albo inną jakąś gwiazdunię? To mogłoby być ciekawe zjawisko. Tak się trochę nabijałam, i aczkolwiek o Bieberze ani żadnej innej spedalonej kreaturze na szczęście nic tam nie było, to trochę się uśmiałam, bo artykuł wyglądał rzeczywiście tak, jakby opisywał jakąś jednostkę chorobową. A co najgorsze większość „objawów” jest częścią mojej chronicznej vreeswijkozy, aczkolwiek nie zgadzało się to, co jest zdaje się głównym wyznacznikiem tej choroby: ja nie dążę do tego, żeby naśladować Vreeswijka i nie jest on moim autorytetem, moim autorytetem jest Mamulka. Ale teraz już wiem, że mogłam mieć idolomanię gdy miałam wieelką fazę na Enyę, bo wtedy spełniałam wszystkie kryteria diagnostyczne. Jeszcze nie zgadzało się kilka rzeczy, których nie pamiętam chyba, ale generalnie opis był bardzo podobny do moich objawów. Aha. No i ja nie zamierzam oddawać Vreeswijkowi czci. Polemizowałabym też jeśli chodzi o to, czy moim największym marzeniem jest spotkanie się z Vreeswijkiem w realu: owszem, było by bardzo, baardzo fajnie, ale jakoże nie bardzo jest to realne, więc jakoś szczególnie o tym nie myślę, sądzę, że gdyby to było moim największym marzeniem, to byłabym w ciężkiej depresji, a jest zupełnie inaczej: mój nastrój mogę określić jako całkiem git. Więc ja się za idolomankę nie uważam: Vreeswijk nie jest, i nigdy nie będzie moim idolem. A poza tym u mnie jest jeszcze jeden bardzo ważny, wręcz podstawowy objaw, który zauważyłam też w fazach innych osób: obsesja. A jeszcze inna sprawa jest taka, że właściwie moja Mamulka twierdzi, że okres dojrzewania ja mam już za sobą, mi też się tak wydaje, a idolomania występuje w czasie dojrzewania emocjonalnego. Ale postanowiłam sobie, że skoro jakaś tam stronka medyczna napisała artykuł o jakiejś tam idolomanii, o której istnieniu ja nigdy wcześniej nie słyszałam, to ja przedstawię definicję fazy, jako zaburzenia… emmmm nazwijmy to zaburzeniem psychicznym, oczywiście tak dla jaj, chociaż zastanawiałabym się, czy ja z tymi moimi fazami jestem normalna. Proszę bardzo: oto definicja, którą skleciłam przed godzinką. Jest ona oczywiście jak najbardziej subiektywna.
Faza:
Zaburzenie funkcjonowania mózgu związane z gwałtownym przypływem fascynacji, podziwu, zainteresowania i/lub nawet miłości dla kogoś lub czegoś. Głównym objawem fazy jest obsesja, występują także wahania nastrojów, znane są przypadki jednoczesnego występowania dysforii/dystymii i euforii, trwające zazwyczaj przez krótki czas, najczęściej w godzinach nocnych, taki stan zdarza się jednak rzadko, najczęściej w przypadku, gdy osoba chora na fazę próbuje się od niej uwolnić, czyli odzwyczaić od obiektu fazy, a następnie nie mogąc sobie z tym poradzić, powraca do swojego dawnego trybu życia. W przypadku jeśli obiektem fazy jest ktoś z otoczenia chorej osoby, jakaś książka, muzyka itd. przy dłuższym powstrzymywaniu się od kontaktu z obiektem, występuje zespół objawów nazywany skrótowo Soofija czyli syndrom odstawienia obiektu fazy i jednoczesna apatia. W przypadku wystąpienia soofija należy bezzwłocznie zacząć mu zapobiegać, gdyż może skończyć się źle. Czasem dochodzi jedynie do SOOF, w przebiegu którego obserwuje się notoryczne zmiany nastroju, bardzo podobne do tych, które mają miejsce w chorobach afektywnych, bardziej lub mniej gwałtowne. Znany jest przypadek osoby, która w ciągu jednego dnia przeszła cztery epizody hipomaniakalne i depresyjne na przemian, momentami nakładające się na siebie. W trakcie SOOF lub dużo częstszej postaci SOOFIJA możliwe są też urojenia, które dotyczą w szczególności tego zmysłu, który najbardziej angażuje się podczas kontaktu z obiektem fazy. Ze względu na poważny deficyt fachowców w tej dziedzinie, etiologia owego schorzenia wciąż nie jest znana. Pierwotnie sądzono, iż jest to choroba genetyczna, zważywszy, że w przebiegu fazy pewne funkcje mózgu są niemal zahamowane, inne zaś nazbyt rozwinięte. W przeciągu kilku lat teorię ową obalono i obecnie uważa się, że za tak rozległe uszkodzenia w mózgu musi być odpowiedzialny albo jakiś uraz, na przykład walnięcie mózgiem w sufit, wskutek czego rozregulowuje się układ limbiczny. A jeśli nie mikrourazy mózgu, wtedy najprawdopodobniej odpowiedzialność za to należy zrzucić na podatność na wpływy u chorego. Inną kwestią, którą należałoby rozważyć, pisząc o etiologii fazy jest fakt, że wiele osób cierpiących na owo zaburzenie jest zatraumionych od dzieciństwa. Istnieje jeszcze jedna, rewolucyjna teoria, która głosi, iż faza jest chorobą pasożytniczą, jednakże teoria owa nie sprawdza się w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie kontaktują się i przesyłają sobie fazy na odległość, no chyba, że pasożytem owym można się zarazić drogą internetową. Podział i klasyfikacja. Wyróżniamy fazy na bardzo różne rzeczy, zjawiska czy osoby, przebieg fazy często zależy od tego, co jest jej obiektem. Jeżeli jest nim jakaś osoba z otoczenia, faza często przez długi czas nie daje żadnych objawów, lub uaktywnia się po spotkaniu z obiektem fazy, albo też, gdy osoba chora nie ma z nim przez dłuższy czas kontaktu i nagle występuje soofija. Uwaga: ten rodzaj fazy często jest utożsamiany przez laików z miłością, czy nawet zauroczeniem, jest to jednak coś zupełnie innego i najczęściej w fazach na osoby realne z otoczenia chorego miłość nie występuje. Fazy na książki są zazwyczaj łagodne i krótkotrwałe, nawet soofija nie jest tak niebezpieczna dla zdrowia w przypadku tego rodzaju fazy. Gorzej, gdy obiektem stanie się także autor książki. Jeśli stanie się nią jakiś jej bohater, wtedy sprawa robi się beznadziejna. Rzadko dochodzi do faz, których obiektami są filmy, ewentualnie obiektem może być jakiś filmowy bohater lub aktor, czasem, gdy faza na bohatera jest dość mocna, może się przenieść na odtwórcę jego roli, tak czy inaczej wtedy faza również jest bardzo łagodna i krótka. Najpowszechniejsze są tak zwane fazy muzyczne, które mają bardzo różny przebieg. Wyróżniamy tak zwane fazy wielkie, nazywane też fazami głównymi lub chronicznymi, fazy małe, nazywane także fazami pobocznymi czy lekkimi lub potocznie fazami „przy okazji”.. Fazy wielkie charakteryzują się bardzo ciężkim, ostrym przebiegiem, najczęściej są też zakaźne, dlatego osobom podatnym na wpływy zaleca się izolację od osoby dotkniętej wielką fazą. Najczęściej fazy wielkie dotyczą muzyki, mogą być też jednak skupione na książkach, i wtedy są nieco łagodniejsze. Faza wielka zazwyczaj obejmuje swoim działaniem także autora książki czy muzyki. Fazę wielką można łatwo rozpoznać po obsesji oraz zaburzeniach postrzegania rzeczywistości z tąże obsesją związanych. Osoba chora na fazę wielką widzi wszystko przez pryzmat swojej fazy, na przykład ktoś chory na wielką fazę dotyczącą książki „Zmierzch”, słysząc słowo książka, automatycznie myśli o cyklu Stephenie Meyer, a widząc faceta z czarnymi włosami, myśli o Edwardzie Cullenie, natomiast osoba z fazą na Harry’ego Pottera może równocześnie zacząć wielbić wszystkie osoby o nazwisku Potter, lub o imieniu Harry, co zwłaszcza w krajach anglojęzycznych może być trudne do zaakceptowania przez społeczeństwo, bo tam Harry’ch jak mrówków, Potterów też. Przebieg. Faza wielka rozwija się bezobjawowo przez mniej więcej tydzień, następnie gwałtownie atakuje. Gdy jest świeża, osoba chora na tą fazę nie może oprzeć się pokusie słuchania, oglądania, lub czytania obiektu swojej fazy, jest to po prostu niemożliwe. Jednocześnie obserwuje się zwiększone pobudzenie oraz bardzo dobry nastrój graniczący z euforią. Osoba z wielką fazą jest niezmiernie uciążliwa dla otoczenia, ponieważ z powodu nieodwracalnych zmian w mózgu odczuwa ona przymus nieustannego nawijania lub pisania o swojej fazie, czy też raczej o jej obiekcie, jednocześnie zarażając innych, lub skutecznie zrażając ich do obiektu swojej fazy lub także do samej siebie. Dużo podatniejsze na fazy są kobiety, jednakże i u facetów się zdarzają. Ze wstępnych badań wynika, że u tych ostatnich mają ostrzejszy, ale na ogół i krótszy przebieg, jednak potrzeba dużo więcej czasu, aby w ogóle do fazy u nich doszło. Zazwyczaj obsesja pojawia się od razu po ujawnieniu się fazy i po tym, jak osoba chora zda sobie sprawę ze swojego stanu, jednakże wszystkie fazy trwające dłużej niż trzy miesiące, w których występuje soofija mogą być również nazywane fazami wielkimi, nawet jeśli nie towarzyszy im obsesja. Fazy trwające pół roku i dłużej nazywamy chronicznymi, mają one skłonność do nawrotów, w trakcie ich trwania można także zaobserwować remisje trwające niedłużej jak dwa tygodnie, ale to raczej w przypadku faz trwających rok lub dłużej. Fazami małymi nazywamy te fazy, które pojawiają się u chorego równocześnie z fazą wielką, wtedy gdy faza wielka jest już ugruntowana, i trwa co najmniej trzy miesiące. Fazy małe nie powodują obsesji, podczas jednej wielkiej fazy może występować niezliczona ilość faz małych, często nawet w tym samym czasie. Faza mała trwa od godziny do mniej więcej miesiąca, czasem dłużej, ale zazwyczaj pozostawia po sobie ślad w postaci sympatii do obiektu fazy, no i miłych wspomnień. Faza mała nie ma wpływu na przebieg fazy wielkiej. Objawy. W przypadku obu faz można wyodrębnić cały szereg objawów, u każdej osoby występuje też przynajmniej kilka objawów niespecyficznych, które utrudniają lub wręcz całkowicie uniemożliwiają postawienie prawidłowej diagnozy. Dodatkową trudnością jest też fakt, że w różnych okresach fazy występują różne objawy oraz to, że faza może wywoływać objawy przeciwstawne do siebie, na przykład u jednej głęboki spokój, u drugiej pobudzenie, albo o różnych porach dnia dawać różne objawy u jednej osoby. Do najczęstszych objawów zaliczamy: częste zmiany nastroju, labilność emocjonalną, nadmierną pobudliwość emocjonalną lub głęboki spokój zbliżony do transu, hiposomnię lub insomnię, rzadko hipersomnię, omdlenia, zawroty głowy, objawy podobne do jet lack, czyli zmiany strefy czasowej, zwłaszcza u osób z egzotycznymi fazami, osłabienie lub wzrost sił fizycznych, pogorszenie kontaktu ze światem w postaci halucynacji, nerwicy natręctw, obsesji, pogrążania się w myślach, dreszcze, duszności, hipo- lub hiperfagia, nadmiar tryptofanu, adrenaliny i serotoniny, tachykardia, analgezja……… W przypadku SOOFIJA często obserwujemy objawy odwrotne do niektórych podanych powyżej: smutek, dystymia, stany depresyjne, lękowe, apatia lub nadmierne pobudzenie, zależnie od tego, w jakim stanie chory był podczas kontaktu z obiektem fazy, zaburzenia w wydzielaniu endorfin, niedobór tryptofanu i serotoniny, bradykardia, niższe ciśnienie, drażliwość, labilność emocjonalna, agresja, mniejsza odporność na ból, hipo- lub hiperfagia, hipo-, hiper- lub insomnia, narkolepsja, wrzaskliwość, koprolalia, wściekłość, zaburzenia koncentracji, anhedonia, poczucie pustki, halucynacje, zawroty głowy, mdłości, objawy psychosomatyczne, nasilenie się ewentualnych współistniejących chorób, nasilenie się lub pojawienie się fobii, nerwowość, płaczliwość, histeria, gorsze ogólne samopoczucie fizyczne, osłabienie, omdlenia, myśli samobójcze, zaburzenia poznawcze oraz objawy identyczne jak przy odstawianiu używek.
Diagnostyka. Należy wykluczyć różne choroby o podobnych objawach, przebiegu itp. oraz obserwować osobę chorą przez minimum, ale to naprawdę minimum jedną dobę, cały czas, w tych wypadkach, gdy sama chora osoba nie chce się przyznać do swojego stanu lub go nie akceptuje. Jeśli jednak osoba taka zdaje sobie sprawę z ułomności swojego mózgu i uwzględnia możliwość, iż choruje na fazę, lepiej nie obciążać takiej jednostki całodobowym monitoringiem, bo może to zaostrzyć objawy. Jeśli wszystko wskazuje, iż osoba diagnozowana cierpi na fazę, należy jej zrobić badanie EEG, nie podawać żadnych środków uspokajających, a jedynie po dziesięciu minutach od rozpoczęcia badania dać jej dostęp do obiektu ewentualnej fazy. Następnie porównujemy fale mózgowe przed kontaktem z obiektem i w trakcie, a następnie po. Kontakt z obiektem fazy nie powinien trwać dłużej niż pięć minut. Jeśli fale mózgowe podczas próby z obiektem zachowują się inaczej w kontakcie z obiektem i po, możemy już mówić o fazie. Leczenie. Faza wielka nie jest w pełni uleczalna. Zawsze pozostawia po sobie trwałe zmiany w mózgu, i nigdy nie pozwala o sobie zapomnieć. Leczyć można tylko przykre skutki wynikające z fazy, czyli na przykład soofija. Nieinwazyjne leczenie soofija polega na systematycznym kontakcie z obiektem fazy. Leczenie inwazyjne polega na dzielnym przetrwaniu soofija, ale można w ten sposób uszkodzić jakieś struktury w mózgu, więc tego raczej się nie robi, szczególnie układ limbiczny jest narażony na niepowetowane szkody. Jeżeli utrzymujemy regularny kontakt z obiektem naszej fazy, wszystko powinno przebiegać jak należy. Do wygaśnięcia fazy dochodzi najczęściej wskutek pojawienia się innej wielkiej fazy. Znany jest jeden przypadek osoby, która przeszła sporą ilość wielkich faz bez wygaśnięcia żadnej z nich. Niby wzajemnie się przytłumiały, ale jednak funkcjonowały w jako takiej zgodzie i żadna się nie wybijała, przynajmniej tak wynika z obserwacji. Fazy owe współistniały ze sobą u tej osoby w harmonii aż do jej śmierci. Przypadki takie muszą być jednak niezwykle rzadkie. Czasem też faza wielka wygasa wtedy, gdy na przykład osoba nam bliska, na którą mamy fazę okaże się nie tak fajna jak przypuszczaliśmy, autor książki skończył pisać, a przecież jednej książki cały czas czytać się nie da, lub gdy ktoś czyją muzykę uwielbiamy kończy karierę, a jego dorobek artystyczny jest minimalny, bo przecież jednej czy dwóch płyt też w nieskończoność się nie da słuchać. Niektóre fazy wielkie trwają całe życie, aż do śmierci osoby chorującej na taką fazę. Zaobserwowano ciekawe zjawisko: jeśli komuś skończy się faza wielka i nie zostanie zastąpiona żadną inną, życie automatycznie traci jakąś część sensu. Obiekt fazy może być przez osobę chorą wykorzystywany jako lekki środek przeciwbólowy lub narkotyczny, ewentualnie antydepresyjny, albo antidotum na prawie każde inne świństwo na tym świecie, zawsze jakoś zadziała, choć nie jest to raczej zbyt silne działanie. Przykładowe fazy i ich opisy: Vreeswijkoza chroniczna – faza głównie spotykana w Europie Zachodniej, której obiektem jest Cornelis Vreeswijk, w Szwecji jest to choroba cywilizacyjna, niegdyś traktowana bardzo, bardzo nieprzychylnie. W większości krajów świata zupełnie nieznana i uchodząca za egzotyczną. Łatwo się nią zarazić w Sztokholmie i często różni ludzie, którzy się nią tam zarazili, „przeimportowali” ją do swoich rodzinnych krajów.
Zespół deepa-Purple’a: faza na brytyjski zespół rockowy o nazwie Deep Purple oraz na wszystkich jego członków, zazwyczaj utrzymująca się latami. Charakterystycznym objawem tej fazy jest zmiana koloru skóry na głęboki odcień fioletu, co wywołuje konsternację u bliźnich.
Zespół O. O. inaczej psychozza – od greckiego słowa osis – szaleństwo. faza na Ozzy’ego Osbourne’a i jego muzykę, mająca straszne konsekwencje przy odstawianiu. Choroba ta jest niezwykle ciężka i łatwo przy niej o powikłania.
Zaburzenia declanalne: faza na Declana Galbraith, z bardzo silną obsesją i nieodwracalnymi zmianami w osobowości.
Xandrianizm : faza na gotycki zespół Xandria z Niemiec.
Montgomerianizm – chroniczna faza na książki Lucy Maud Montgomery.
Syndrom jeżycki – faza na serię „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz.
Choroba picoultyjska – faza na książki Jodi Picoult.
Nationfazy – grupa faz, których obiektem są określone narodowości, ich języki oraz terytorium, a także narodowe tradycje.
fazy instrumentalne – fazy na poszczególne instrumenty.
Zespół Black-Keys-Of-Leon – ciężki zespół chorobowy przykład tego, do czego prowadzi nieznajomość języka ojczystego obiektu fazy. Pewna osoba zapadła jakiś czas temu na fazę, której obiektem był zespół Kings Of Leon. Osoba owa nie zna inglisza i w jakiś czas po zakażeniu tą fazą poznała zespół Black Keys. Wskutek jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności te dwa zespoły (ze względu na nazwę) pomyliły jej się ze sobą i odtąd cierpi na dość ciężki zespół, na szczęście z remisjami i w końcu już sama nie wie, na co ma fazę.
No, i to by było na tyle. Tworząc ową definicję korzystałam z własnego doświadczenia, ale także tego, co zaobserwowałam u innych. Ale oczywiście jak któś ma fazę to wcale nie radzę mu się z niej leczyć, najlepiej ją utrzymywać i o nią dbać. No właśnie: zapomniałam napisać o tym, że osoba dotknięta fazą wcale nie chce się z niej leczyć, tylko soofija jest dość dotkliwym problemem, dlatego ja zawsze muszę mieć ze sobą Plextalka. Normalnie jak jakąś insulinkę :DDD albo respirator. No dobra. To by było chyba na tyle o fazach. Chciałabym życzyć Wam wszystkim szczęśliwego Nowego Roku, żebyście zrealizowali podczas tego roku swoje marzenia, a tych, których nie możecie, nie umiecie lub nie macie odwagi zrealizować, to niech się same zrobią. poza tym multum radości, szczęścia, zdrowia i wszystkiego co najlepsze. A poza tym miłego dnia.

Dusze czyśćcowe, czyli… pomagajmy ludziom! Także po ich śmierci. Nawet jak nie jesteśmy altruistami.

Witajcie.
Mówiłam? Mówiłam, że dziś będzie bardzo ciekawie? Ano, miałam się zabrać do tego wpisu dużo, duużo wcześniej, w ogóle zobaczymy co z tego wyjdzie, czy on w ogóle powstanie dziś, tak jak planowałam, a ja mam do tego dziś najlepszy klimat, z powodów, które wyjaśnię na końcu wpisu. W ogóle dziś przetłumaczyłam kolejną piosenkę, ale nie Cornelisa, tylko niejakiej Laleh, na szwedzki, w sensie na język polski oczywiście, ale chodzi mi o to bardziej, że na następną lekcję szwedzkiego. U mnie sobie genialna muza leci, ale właściwie tego nie ma sensu dodawać, bo u mnie cały czas cóś genialnego leci, przed chwilą prawie wpadłam w extazę spowodowaną wiolonczelą Caroline Lavelle, no i tak cały czas coś się dzieje. Miło, prawda? Ano i jeszcze sobie z ludźmi piszę, znaczy teraz akurat konkretnie z jednym ludziem, ale już nie czepiajmy się szczegółów, chociaż ja zawsze lubię czepiać szczegółów, i w ogóle lubię się czepiać ludzi hahahahahaha to jest bardzo miła forma spędzania wolnego czasu, tylko trza się czepiać inteligentnie bo inaczej to nawet satysfakcji nie ma najmniejszej. Nie no, teraz to się trochę nabijam, ale fakt, że lubię się czepiać ludzi, jest faktem rzeczywistym, faktycznym, prawdziwym i autentycznym. Swoją drogą ostatnio się kogoś czepiałam, że fakty są zawsze autentyczne, dlatego tak piszę. Tak samo, jak moją Mamulkę i mnie wnerwia jak ktoś mówi: długi okres czasu. No jak okres, to wiadomo że czasu. xd Dobra koniec z tym hahahahaa lać wodę to ja będę na egzaminie, a tera konkretny, bardzo poważny i patetyczny temat jest, a ja tu se jaja robię z biednych Polaków. Miałam dzisiaj z Mamulką wstać wcześnie rano na roraty, Mamulka weszła do mnie do pokoju, budziła mnie, budziła, wreszcie mnie obudziła, pogadała sobie, wyszła, ledwo zamknęła drzwi, a ja znowu zasnęłam. Cholera, i co ja mam z tym zrobić? A najlepsze, że spałam do dwunastej. Za to miałam bardzo ciekawy sen, że tak sobie znowu na dygresję pozwolę. Śniło mi się, że nagle sobie ubzdurałam, że pojadę do Afryki. No i pojechałam, chyba do RPA. Fajnie, nie? I miałam takie wysokie, skórzane szpilki czarne, i w ogóle się wystroiłam jak jakaś Gotka, no może tylko bez makijażu i paru zbędnych tzw. gadżetów, które większość Gotów posiada, a które są symbolami okultystycznymi, no i jechałam jakimś pociągiem z jakimiś pielęgniarkami. Wysiadłam i szłam w tych szpilach przez jakiś las, jakieś torfowiska, w ogóle tam straszny smród był, normalnie udusić się szło, a potem dowiedziałam się, że dlatego, że tam pod krzakami leżeli ludzie, którzy mieli malarię, trupy i chorzy ludzie w agonii, i dlatego taka cudowna woń się rozchodziła. Wtedy do mnie jakaś baba podbiegła i do mnie mówi po ingliszu z takim śmiesznym akcentem, że ona mnie musi nauczyć języka zulu. No to mnie uczyła języka zulu, który brzmiał bardzo śmiesznie, oczywiście w tej krainie fetoru, czyli w tym lesie, a jak stwierdziła, że mnie już nauczyła języka zulu, to poszłyśmy do jakiegoś miasta, i ja miałam mieć jakąś prelekcję w jakimś centrum kultury Zulugulu. Zulugulu to się mój miś z plastiku nazywał hahahahah. Jaja z tego. No i poszłam z tą babą, wielkie odrzwia się rozwierają, wszyscy wrzeszczą, czyli konkretnie jakieś takie młode kobitki – Pani Biiiisia. Pani Biiiiiisia. – Wszyscy sobie usiedliśmy na jakichś krzesłach ze szkła, dziwne, że to nie trzasło w ogóle, bo ta moja prelekcja to długa była, a ludzie się przecież ruszają, nawet jak siedzą, więc to szkło przecież według praw natury powinno trzasnąć, przynajmniej tak mi się wydaje A ja zaczęłam im nawijać o Vreeswijku. Nawijka na temat Vreeswijka. I nawijałam i nawijałam i nawijałam i nawijałam. Potem sobie poszłam, dostałam od nich jakieś takie śmieszne figurki z czekolady, takie bardzo wielkie, i poszłam dalej z tą babą co mnie uczyła zulu. I znowu weszłyśmy gdzieś do jakiejś z kolei chatki, jakaś babulinka nam drzwi otworzyła, my z tą babą od zulu zwisłyśmy w jakiejś takiej śmiesznej pozycji na kominie, a ja machałam nogami i tej babulince i jej rodzinie nawijałam o Vreeswijku. Potem zeszłam z tego komina i się obudziłam. No i była dwunasta. Dobra, koniec tego. Chciałam Wam opowiedzieć o duszach czyśćcowych i sprawach pokrewnych, bo zawsze ten temat był mi w pewien sposób bliski, a przynajmniej znajomy, bo moja Mamulka zawsze modliła się za zmarłych ludzi, nieco głębiej niż tylko idąc raz w roku na cmentarz i odmawiając Wieczny odpoczynek… (aczkolwiek nie kwestionuję w żadnym razie wartości i głębi tego gestu). Moja babcia jest osobą bardzo religijną (ale od razu mówię, że o ile wiem, nie przyszło jej to wraz z zestarzeniem się i nie jest to dewocja wynikająca ze zbliżającej się śmierci czy coś w podobie, w innym razie nie interesowałaby się tym wszystkim tak dogłębnie, tylko co najwyżej chodziła do kościółka codziennie, żeby poplotkować aczkolwiek nie mówię oczywiście, że robią tak wszystkie babcie i wszystkie babcie prócz mojej są dewotkami, uczulam tylko ludzkość, coby się stereotypami za bardzo nie kierowała, bo to donikąd nie prowadzi), no i właśnie wyżej wymieniona moja babcia Helenka wpoiła to Mamulce, która z kolei już dawno próbowała mi raczej bezskutecznie zaszczepić to, co sama przejęła od swojej mamusi, czytała mi książkę Stefanii Fulli Horak „Święta Pani”, którą zresztą obecnie bardzo Wam wszystkim polecam, jak któś się tematem interesuje lub zainteresuje, na równi z książkami Marii Simmy czy Katarzyny Genueńskiej. Niestety zwłaszcza na początku dawało to skutki marne, owszem, modliłam się za dziadka od strony Tatula, który dość wcześnie umarł, jak miałam kilka lat i ledwo go pamiętam, ale jakoś szczególnie się w to nie angażowałam. W rezultacie jak na małe dziecko dość sporo wiedziałam o egzystencji w życiu wiecznym, tak w czyśćcu, jak i w niebie czy piekle, ale średnio mnie to obchodziło. Dopiero któregoś roku Mamulka opowiedziała mi o mojej prababci po kądzieli, która ponoć miała pod koniec życia kontakt z jakimiś duszami czyśćcowymi, w ogóle była tercjarką franciszkańską, a więc wszystkim ze wszystkimi się dzieliła (Matko, tak to ja bym nie mogła), aż w końcu jakoś w listopadzie przeczytała mi cały rozdział Fulli o czyśćcu. Musiało mi się coś otworzyć w mózgu, bo tak mną to wstrząsnęło, i tak się przeraziłam losem tych biednych ludzi, którzy w ogóle nie wiedzą co ich czeka po śmierci, którzy teraz tak cierpią, a najbardziej tych, którzy wychowali swoje dzieci na kompletnych ateistów, a teraz nie ma kto im pomóc, bo ich dzieci i inni bliscy uważają, że to jest brednia, że umierasz, i po prostu wąchasz kwiatki od spodu, więc o co tu się modlić. .Ale dość szybko mi przeszło, i stwierdziłam, że dużo bardziej interesuje mnie okultyzm, astrologia, różne dziwne rzeczy w stylu hipnoza, transy, OOBE, Dose’y, wróżbiarstwo, fizjonomika (co do której nadal mam wątpliwości, czy jest sprzeczna z religią katolicką czy nie, bo ja w tym nic takiego nie widzę, ale nie wiem, może i jest), LD, a nawet taoizm i dużo bardziej skłonna byłam interesować się seansami spirytystycznymi niż modlitwą za kogokolwiek. Przeszło mi dość późno, właściwie jakiś czas temu nagle mnie oświeciło jakie to jest świństwo, okoliczności tego wydarzenia pominę, bo nie są tu ważne, nie zamierzam dawać Wam jakiegoś pierniczonego świadectwa, bo nie jestem do tego odpowiednią osobą, a poza tym moja subiektywna opinia o takich świadectwach jest taka, że ci ludzie bardziej chcą po prostu komuś się zwierzyć z tego to wynika, bo i tak każdy znajduje albo nie znajduje swojej drogi do Boga i w ogóle, a świadectwa innych chyba mało co tu robią, a poza tym jak tak nad wszystkim będę się rozpisywać, to tego wpisa zrobię może koło drugiej, podczas gdy jest siódma, no a zresztą było to dla mnie dość… hmmm… osobiste przeżycie, nazwijmy to tak pompatycznie i emocjonalnie. Potem stwierdziłam, że muszę radykalnie zmienić swój ogląd na sprawę, no i właściwie chyba mi się udało. Teraz jak słyszę coś o magii, to mi tych biednych ludzi szkoda, że nie wiedzą, jak mają pomóc sobie i innym, ale właściwie jak mam być z Wami szczera, to nawet jak próbowałam się wtedy buntować przeciwko Bogu i w ogóle, to przecież i tak wiedziałam, że Bóg istnieje, no i właściwie od niczego nie uciekłam, bo się nie da. A potem znowu Mamulka czytała mi Fullę, ja czytałam książki Marii Simmy i wciąż czułam współczucie dla tych ludzi. Modliłam się za mojego dziadka, modliłam się za moją prababcię, za wszystkich zagorzałych ateistów i wszystkich innych, którzy już nie żyją, za wszystkich ludzi na naszym cmentarzu, za każdego człowieka, który już nie żył, a o którym akurat coś słyszałam, więc mi się przypomniał, pamiętam jak dziś, że czytałam akurat jakoś wtedy „Pamiętniki” Lucy Maud Montgomery i za nią też się żarliwie modliłam. Oczywiście to wszystko w formie aktów strzelistych, czyli jak słyszałam coś o kimś kto nie żyje, to nie rzucałam wszystkiego i nie rzucałam się na kolana, bo to tylko objaw jakiejś takiej trochę świrniętej mózgownicy, tylko oczywiście modliłam się w myślach, a najwyżej potem jakoś tych wszystkich ludzi uwzględniałam, jak prosiłam Pana Boga, żeby ich zbawił. Mówię o tak oczywistych rzeczach, bo już mnie kiedyś jedna osoba pytała jak ja to właściwie robiłam tak jakby to było coś niesamowitego hahahaha. Ooo „Ballad På En Soptipp” od Vreeswijka u mnie leciało, więc to chyba znak, że czas przejść do punktu zwrotnego w akcji tego wpisu A więc potem jak już wiecie poznałam Cornelisa i moje życie rzecz jasna nabrało sensu. Ale dopiero po jakimś czasie, chyba dopiero jak się już ugruntowałam w tym moim postanowieniu, że chcę pomagać ludziom i jak chcę omagać ludziom, uświadomiłam sobie, że ja powinnam wręcz na gwałt zacząć pomagać właśnie Cornelisowi. No i zaczęłam. Najpierw bardzo niemrawo, bo uświadomiłam sobie, że teraz zacznę to robić tak odpowiedzialnie i poważnie, więc trochę się bałam, czy w ogóle dam radę, bo wiecie jak to jest fajnie: ktoś oferuje Wam pomoc, no dobra, pomaga, a nagle zostajecie na lodzie i ów któś stwierdza, że właściwie to chyba nie da rady. Ja to znam i wiem jakie to jest irytujące, a przede wszystkim smutne, więc nie chciałam zrobić tego komuś jeszcze. No ale właściwie kto mu omoże? Jack? Jack, który jest zwykłym człowiekiem ze Szwecji, a Szwecja jest tak zlaicyzowana, że głowa mała? Wcale się zresztą nie dziwię im wszystkim, że są w znakomitej większości niewierzący, gdybym ja była protestantką, też szybko straciłabym cierpliwość do takiej suchej, utrudniającej życie i w ogóle dziwnej religii, w której nie ma miejsca na uczucia i wyobraźnię, przynajmniej ja zawsze tak odbierałam protestantyzm. A przecież jeśli nie Jack i nikt ze Szwecji, bo nawet nie wiem jak w protestantyzmie traktuje się czyściec, w sensie ile wspólnego ma ich wizja tego miejsca z katolicką, w związku z tym nie wiem czy oni cokolwiek wiedzą o egzystencji zmarłych ludzi poza tym, że mogą pójść do nieba, albo do piekła, bo w to wierzą na pewno rzecz jasna, to kto mu pomoże? Któś z Holandii? Tam to w ogóle jeszcze lepsza sytuacja jak w Szwecji. A przecież jeśli mu któś nie pomoże to może tam siedzieć ak samo jak niektórzy ludzie, którzy siedzą tam wiekami, jak twierdzi Fulla Horak. Z czasem mój entuzjazm dla tej idei rósł, powiedziałam o tym kilku osobom, jedynie moja Mamulka odniosła się do mojego „projektu” z aprobatą, ale mi nie chodziło o uzyskanie czyjejkolwiek aprobaty, tylko chciałam się z ludźmi podzielić tym, co chcę robić. Jedna osoba to nawet zareagowała w ciekawy sposób (Tak, tak. Też się kiedyś modliłam za swoich idoli, i w ogóle mogłam dla nich wszystko zrobić. Jak Sandra (czy jakaś tam inna amerykańska wariatka) skończyła karierę, to nawet do niej list chciałam pisać”. No dobra, pisz sobie listy, pisz, czemu nie, ale po pierwsze – pomyślałam sobie – Vreeswijk nie jest moim idolem, bo idol to albo bóg w starożytnych religiach, a on moim bogiem wbrew pozorom nie jest albo taki któś, którego się bezkrytycznie wielbi, albo jeszcze chce się naśladować. A ja go nie wielbię bezkrytycznie i nie chcę naśladować. Ale nie ważne, to tylko moja czepliwość. A po drugie: w takim razie kto ma się modlić za tych ludzi? Pomodlą się za nich na pogrzebie, fajnie, miło, pełen patos, i w ogóle, wszyscy płaczą, modlą się i w ogóle, a co potem? Potem szał ulatuje i taki człowiek może sobie pomarzyć, że mu ktoś pomoże, choć niewątpliwie modlitwa od razu po śmierci jest bardzo, bardzo ważna, wręcz dla niektórych kluczowa. Najpierw jeszcze przez miesiąc jak byłam w Laskach robiłam to bardzo ostrożnie, do niczego się nie zobowiązywałam, żeby potem się nie okazało, że będę musiała Go zostawić na lodzie, bo nie za fajnie. Ofiarowywałam w Jego intencji wszystkie cierpienia, i fizyczne i psychiczne, Maatko, jak to patetycznie brzmi, nie lubię takiego patosu, ale w niektórych sprawach chyba jest on nieunikniony. Modliłam się ile mogłam, ale przyznam, że wiele tego nie było, przynajmniej w Laskach, bo jeszcze jak jechałam do Mamulki to w miarę. A w Laskach rano wstawałam zazwyczaj niewyspana po pisaniu przez pół nocy Jacka Hamiltona i słuchaniu Cornelisa, czyli po prostu po naładowywaniu moich wewnętrznych akumulatorów, bo kiedy ja miałam takie rzeczy robić tam, jeśli nie w nocy, więc w szkole byłam struta i nie miałam siły nawet na tzw. akty strzeliste, potem wracałam i albo nie miałam na nic czasu, i byłam zalatana, albo zwyczajnie zapominałam, zawsze cóś było. Wieczorem starałam się za Niego zawsze pomodlić chociaż chwilkę, chwilka to takie naprawdę minimalne minimum było, ale zazwyczaj więcej nie znajdowałam czasu, chyba, że w nocy po pisaniu Jacka, bo wieczorem oczywiście dziewczyny byly w pokoju, a jeszcze wtedy uważałam, że byłoby głupio, jakbym po nic w moje życie niewnoszącej co prawda, ale jednak modlitwie grupowej modliła się sama, przynajmniej byłoby głupio z punktu widzenia innych, a poza tym trudno się skupić, jak dziewczyny już nawijają, zwłaszcza jeśli o czymś śmiesznym, poza tym chciałam też ponawijać z nimi chwilę, a wiadomo że wiele czasu nie będzie, bo trzeba też kiedyś pójść spać, napisać trochę Jacka no i posłuchać Vreeswijka, poza tym byłam wykończona i chciałam jak najszybciej walnąć się do łóżka, a poza tym miałam przed sobą perspektywę pisania Jacka, i chciałam jak najprędzej do tego przystąpić, więc byłam rozdarta i najczęściej więcej jak chwilka nie wychodziła z tego. W weekendy zazwyczaj znajdowałam więcej czasu, bo i tak strasznie mi się wtedy nudziło, zwłaszcza podczas tzw. nauki własnej, podczas której było cicho jak makiem zasiał, a ja nie miałam co robić i zazwyczaj albo się snułam po pokoju, albo dyskretnie przeszkadzałam innym, albo dyskretnie spałam, albo dyskretnie czytałam jakieś książki może i związane z nauką, ale raczej nie szkolną. W wakacje miałam dla Cornelisa bardzo dużo czasu, i zdecydowałam się podjąć się poważnej (nazwijmy to tak patetycznie) działalności na rzecz uciśnionych. Przez jakiś czas miałam okres dość poważnego buntu, bo jakoś w lipcu uświadomiłam sobie, że to, co człowiek zrobi na ziemi, a nie zrobi tego jako hołdu dla Boga, to jest potem nieważne. Nadal jakoś średnio mogę się z tym pogodzić, chociaż tak naprawdę to jest właściwie logiczne. Pomyślałam sobie, że w takim razie wszyscy musielibyśmy cały czas myśleć wyłącznie o Bogu, i w ogóle, i że jeśli tak, to może ja powinnam zrobić dedykację w moim Jacku Hamiltonie, czerwonymi literami „Dla Pana Boga”, i w ogóle mój Jack powinien być przykładem chrześcijańskiego życia, i w ogóle. Co najstraszniejsze w tym wszystkim, wcale tego nie zrobiłam, i zastanawiałam się, czy w takiej sytuacji w ogóle mogę liczyć na zbawienie i czy w takiej sytuacji ja w ogóle chociaż chcę na to liczyć. Stwierdziłam, że Bóg musi być strasznie zaborczą istotą, która właściwie w ogóle robi nam łaskę, że istniejemy, a musicie wiedzieć, że w tym czasie ja wcale nie dopraszałam się o to, żeby istnieć, i nie miałam w sobie więcej chęci życia niż zdychająca ryba, i wcale nie ze względu na ów bunt, bo on był jedynie dodatkiem do mojej zdychającej i wzdychającej egzystencji więc praktycznie jeślibym miała zakończyć moją ówczesną „fascynującą” egzystencję, którą ożywiał praktycznie tylko Cornelis i Jack H. wcale bym się nie zmartwiła. Pomyślałam sobie, o ile nudniejsza byłaby Jego twórczość, gdyby wszystko traktowało o Bogu, nawet nie mogłam sobie tego wyobrazić i zaczęłam się śmiać, bo to była naprawdę śmiszna wizja, aczkolwiek potem poznałam jedną Jego piosenkę, która właściwie traktuje o Bogu i jest bardzo piękna. Co mnie zadziwiło jeszcze kilka, może kilkanaście lat wcześniej twierdził, że „Bóg Ojciec, który mieszka w niebie. Pewnie śpi” w piosence Somliga Går Med Trasiga Skor”. No dobrze, ale skoro śpi, to jak mógł stworzyć nas, którzy nie śpimy, tylko męczymy się na tej podłej ziemi med trasiga skor, eller många andra trasiga saker och med trasiga hjärnor. Nie no. To tylko takie filozoficzne rozkminy. Właściwie w tym czasie byłam bezradna i w ogóle nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam się z tym pogodzić, bo przecież nie dość, że Vreeswijk nie był świętym człowiekiem, to jeszcze to, co zrobił najcudowniejszego na ziemi, tam może w ogóle nie być ważne. Niby wiedziałam, że Bóg na pewno zrobił to jakoś lepiej, tylko ja czegoś tu nie rozumiem, bo przecież nie mógłby nam czegoś takiego zrobić, ale właściwie na jakiej podstawie mogłam coś takiego założyć? Mimo to pomagałam Cornelisowi, co było dziwne może, ale z trojga złego wolałam, żeby znalazł się w niebie, bo tam przynajmniej się nie cierpi. Modliłam się, chociaż wtedy właściwie nienawidziłam Boga. Pytałam o to moją Mamulkę, która powiedziała, że oczywiście, dla Boga jest ważne tylko to, co robimy z myślą o Nim i dla Niego. Cóż za despotyzm. Potem jakoś mi przeszło i stwierdziłam, że właściwie muszę pogodzić się z sytuacją, bo właściwie cholera wie, czy jak się nie pogodzę z sytuacją, to czy nie wyjdzie z tego coś jeszcze gorszego. Jacka Hamiltona nadal pisałam, jak pisałam i tak też piszę, Cornelisa wciąż uwielbiam, staram się w ogóle nie myśleć o tym, jak tam jest, w sensie w niebie, chociaż wydaje mi się, że poza tym, że nie ma cierpienia, to niezbyt ciekawie, skoro wszyscy są tacy sami, no prawie. Oczywiście dążenie do czynienia wszystkiego dla Boga jest bardzo chwalebne, i ja tam bym się cieszyła jakby wszyscy ludzie byli religijni i uwzględniali to przynajmniej trochę w swoim życiu, no przynajmniej żeby byli praktykujący, no ale wydaje mi się, że skoro ich dokonania w życiu się nie liczą, i wszyscy mają takie same dążenia i pragnienia, to są tacy sami, i kicha. Tyle, że obawiam się, że i w piekle jest z tym podobnie. Gdyby nie było, i gdyby nie było tam wszechogarniającego zła, to nawet za cenę cierpienia i życia w totalnym zobojętnieniu mogłabym tam iść jeśli miałabym możliwość zachowania własnej odrębności i indywidualności. Niemniej jednak nie nienawidzę już Boga jak kiedyś, kocham Go, bardzo szanuję i jestem mu za wszystko wdzięczna, choć raczej w podobny sposób jak Vreeswijk, tylko może nie aż tak po laickiemu Z czasem jakoś się z tego wyciągnęłam i przestałam myśleć tyle o wieczności, a w każdym razie nie o tym jej aspekcie. Może rzeczywiście Bóg to jakoś lepiej wymyśli? Bo ja naprawdę nie mam nic przeciwko oddawaniu czci Bogu, wręcz przeciwnie, o tym już pisałam, jeśli ktoś potrafi jakoś połączyć to z interesującym i ciekawym pisaniem, tworzeniem muzyki, sztuk pięknych czy po prostu istnieniem to bardzo fajnie, genialnie, ale mi się wydaje to trochę nudne, żeby wszyscy wszystko robili dla Boga. No nic, okaże się w przyszłości. W każdym razie nic nie odwiedzie mnie od pomagania ludziom w czyśćcu. Potem zastanowiła mnie jedna rzecz. Bardzo nie lubiłam o niej myśleć, ale właściwie robiłam to często. Skoro Cornelis w tak wielu kwestiach rozmijał się z Bożymi przykazaniami, czego oczywiście ja nie zamierzam oceniać, niemniej jednak trudno temu zaprzeczyć, to czy na pewno znajduje się w czyśćcu? Bo przecież któż może znać kategorie, na zasadzie jakich ludzie się klasyfikują do czyśćca, do piekła, lub do nieba, o ile w ogóle takie kategorie są. To, że większość ludzi trafia po śmierci do czyśćca, nie oznacza, że są tam wiecznie, i nie oznacza, że zawsze tam trafiają. A jeśli On jest akurat w piekle? Mamulka czytała mi o piekle, to aż się wzdrygnęłam. Miałam trochę problem, ale w końcu omyślałam sobie, że na pewno Bóg jakoś to wymyślił, a ja będę się i tak modlić za Cornelisa, a jeśli jest w piekle, to cóż, będę musiała po prostu zwiększyć swoje wysiłki w tej kwestii. Z drugiej jednak strony Cornelis był dobrym człowiekiem, tylko że hmmm… i tu miałam kolejny dylemat do rozstrzygnięcia: przecież każdy człowiek jest dobry z natury. Nawet o jakimś tam człowieku, który jest totalnie zdegenerowany, a zrobi raz coś, co można uznać ogólnie za dobre, da się powiedzieć, że ma dobre chęci, że tak naprawdę to jest dobry, nawet jak następnego dnia kogoś zabije. Pewnie że można. Dobre chęci to sobie każdy może mieć. No ale właściwie to nie jest nasza sprawa. Więc może można założyć, że każdy po śmierci idzie do nieba, bo przecież każdy jest dobry z natury i każdy ma dobre chęci, a może nawet coś więcej? No a wtedy jeśli tak założymy, to kto pomoże tym nieszczęśnikom w czyśćcu? Normalnie jakaś paranoja z tego się robi. A właściwie kto powiedział, że on umarł z takimi samymi poglądami na życie i w ogóle na wszystko. Przecież na długo wcześniej Vreeswijk wiedział, że umrze, a jak umierał, to był właściwie samotny, więc kto może wiedzieć, jakie miał nastawienie do wieczności, religii, Boga, i innych podobnie abstrakcyjnych, ale jakże ważnych kwestii? Przecież jeszcze w ostatniej chwili wszystko mogło mu się tak porządnie w mózgu poprzestawiać, że inaczej na wszystko spojrzał. A może nawet ludzie w Szwecji, ci wszyscy, którzy się znają na takich rzeczach wiedzą coś o ewentualnym (nazwijmy to patetycznie) nawróceniu Vreeswijka, ale ze względu na laickość swego narodu i takąż jego tradycję woleli o tym nie gadać, albo po prostu nie sądzili, że to jest ważne? Może dlatego Jack Vreeswijk twierdził, że Mu się jeszcze bardziej to cóś rozwinęło, to całe paranoiczne? Może wcale nie, tylko Jack nie wiedział, jak to zinterpretować, albo oba te zjawiska na siebie się nałożyły? Przecież wszystko możliwe. Ale to były tylko takie moje filozoficzne domysły, które uzmysłowiły mi jedno, że właściwie rzeczywiście równie dobrze może się znajdować w niebie. Mógł się tam znaleźć od razu po śmierci, a mógł po prostu już się uwolnić z czyśćca. No ale wtedy po co ja się w ogóle trudzę? Odpowiedź przyszła dopiero jakiś czas później, gdy dowiedziałam się, że w takim przypadku po prostu moja modlitwa i wszystkie ewentualne płynące z niej korzyści przechodzą na najbardziej potrzebujących ludzi, albo takich, którzy są już bardzo bliscy zbawienia, ale nie ma kto im pomóc, i inaczej musieliby bardzo długo czekać. No to bardzo fajnie. To mnie urządza. W związku z tym przez jakiś czas nie miałam problemów egzystencjalnych, przynajmniej dotyczących wieczności, więc potem sobie wymyśliłam, że powinnam pomóc jeszcze komuś, no bo ja bym szczerze mówiąc była trochę zazdrosna i zawiedziona, gdyby ktoś mi bliski po mojej śmierci najpierw się za mnie modlił, a potem nagle przestał i całe swoje wysiłki skierował ku komuś innemu. Więc znów przy okazji pomagałam mojej rodzinie, to znaczy zmarłym członkom mojej familii, ludziom, o których słyszałam, że właśnie zmarli, albo cóś. A moja Mamulka bardzo się cieszyła, że nie zostałam taoistką tudzież tarocistką, bo jakby to kogoś ciekawiło, tarocistką po niewidomemu być można. No i jeszcze potem poszłyśmy z Mamulką w listopadzie na cmentarz, i ja się ku swojemu ogromnemu, bezgranicznemu zgorszeniu dowiedziałam, że jakiejś babce zniszczyli grób tylko dlatego, że nikt do niej nie przychodził. Ona leżała obok mojego dziadka. A ponoć za takich ludzi trzeba się z jakiegoś powodu szczególnie modlić. Dlatego ja się zajęłam kobitką na równi z Vreeswijkiem, przy okazji ogarniając całą resztę nieszczęśników. Wymyśliłam sobie jeszcze, jak była rocznica śmierci Vreeswijka, a właściwie dzień później, po tym pięknym śnie, że skoro ja miałam taką miłą noc, to powinnam poczynić stosowne kroki, tudzież jak jedna baba w radiu kiedyś powiedziała stosowne korki, żeby i komuś innemu było miło. Musiało to być coś szczególnego. Wymyśliłam więc, że będę pościć w szczytnej intencji zbawienia Vreeswijka, ale co z tego? Wymyśliłam no i w cholerę wzięło. Dopiero dwa tygodnie temu rzeczywiście podjęłam stosowne korki w tym celu i cały piątek przykładnie pościłam, chociaż miałam miękkie nogi, a moja Mamulka nieustannie moją wolę osłabiała – Może jednak coś zjesz? Nie, to naprawdę nie jest moądre. Musisz coś zjeść. – I dzisiaj sobie też post urządziłam, pomijając codzienną dawkę selenu w postaci kilku pestek z dyni i orzechów brazylijskich, żeby mi się ten cholerny jod dobrze przyswajał. Dzisiaj nawet nie było mi tak trudno, bo wstałam bardzo późno, i właściwie cały dzień jakoś nie chciało mi się jeść, poza tym pewnie selen zrobił niestety swoje. Moja Mamulka cały dzień gada o jedzeniu. A może mi się tylko tak wydaje? Dopiero jakiś czas temu zachciało mi się jeść, ale nie tak wilczo jak wtedy. Za to wprost genialnie boli mnie mózg, więc zawsze jest co ofiarować. Właściwie dzisiaj to mi naprawdę całkiem łatwo przychodzi, ale to że mnie boli mózg to mnie porządnie irytuje. Matko, ja bym chciała mieć tak jak moja prababcia. Ona sobie normalnie rozmawiała z duszami co jakiś czas i w ogóle. Wiem, że znajdą się ludzie, którzy stwierdzą, że w takim razie raczej musiała mieć coś z głową, podobnie zresztą jeak jej prawnuczka, ale naprawdę chciałabym mieć tak, jak ona, oczywiście nie z głową tylko kontakt z duszami. Pewnie jakby mi tak któś teraz przyszedł z zaświatów to bym się spietrała równo, ale bym chciała to przeżyć. Chciałabym się spotkać z Vreeswijkiem, chociażby wtedy, jak już mu pomogę i wyjdzie z czyśćca, bo jak mi nie da żadnego znaku, to ja mu mogę tak do własnej śmierci pomagać, tak samo tej babce. Chciałabym się dowiedzieć w jakim jest kręgu (bo czyściec i piekło są podzielone na kręgi), i chciałabym wiedzieć gdzie właściwie jest, i jak tam mu jest, no a poza tym tak po prostu zawsze byłaby to okazja, żebym spotkała się z Vreeswijkiem. Byłoby po prostu git. A jeszcze inna sprawa, że Fulla twierdzi, że jak oni są na ziemi i opowiadają komuś o swoich przeżyciach, to na chwilę przestają cierpieć. A jak właściwie w czyśćcu się cierpi? Kiedyś na przystanku spotkałam jakąś kobitkę, podchodzi do nas i mówi, że wychowywała się w domu dziecka, czy coś, i raz bardzo zachorowała, tak, że była bliska śmierci, i miala coś w rodzaju wizji. Widziała jakiegoś człowieka, który doo niej wyciągał ręce, a dookoła był straszny ogień. Ona się przestraszyła, wszystkim o tym opowiedziała, i wszyscy mówią oczywiście, że pewnie widziała diabła, aż w końcu któś tam jej powiedział, że to była dusza z czyśćca, bo one po prostu spalają się z miłości do Boga i z żalu za swoje grzechy. Mną to trochę wstrząsnęło, aczkolwiek później nabrałam dystansu o tyle, że taka zwykła baba na drodze to równie dobrze może sobie być jakaś dewotka, albo sekciara, i właściwie się tego nie zweryfikuje, niemniej jednak to co mówiła, się zgadzało. Te dusze strasznie cierpią po pierwsze dlatego, że tęsknią za Bogiem, a cały czas widzą jakby z daleka niebo, a po drugie cierpią, bo żałują za swoje grzechy, no i muszą ponosić ich konsekwencje, które są różne w różnych kręgach. Dla mnie najstraszniejszy jest krąg błądzeń, czyli pierwszy krąg, w którym przez jakiś czas jest każda dusza, która trafia do czyśćca. Ciągle gdzieś idzie, ale właściwie nie wie, co się z nią dzieje, gdzie jest, kim jest, co tu robi, dlaczego i za co tak cierpi, nie wie nic o sobie, o swojej przyszłości, nic kompletnie, i wciąż się boi. Co jakiś czas natyka się na wrogie dusze, które idą gromadami, chce się ich zapytać o cokolwiek, dowiedzieć się od nich czegoś, ale nie może ich zrozumieć, i ich się boi. Wszystkie kręgi są też bardzo straszne, jest ich strasznie dużo, odpowiednio do grzechów. Poza tym dusze widzą konsekwencje swojego postępowania na ziemi, to znaczy na przykład ludzi, których namawiały za życia do grzechu, albo widzą to, co same zrobiły złego i co wciąż jest na ziemi i to też powoduje u nich cierpienie. To są takie najbardziej podstawowe rzeczy. Właściwie oprócz tego, że można modlić się za tych wszystkich ludzi, można modlić się też do nich. Wyobraźcie sobie, że strasznie z jakiegoś powodu cierpicie, nie wiem, jesteście na przykład bardzo chorzy i w ogóle, a praktycznie każdy człowiek na ziemi może Wam pomóc. On Wam pomaga w końcu, no więc jesteście oczywiście bezgranicznie szczęśliwi, i czy wtedy z wdzięczności nie zrobilibyście dla takiej osoby również czegoś dobrego? Albo czy nie pomoglibyście jej za wszelką cenę w tym, żeby ta osoba mogła Wam pomóc, oczywiście jeżeli byłaby taka możliwość. Więc taka dusza, która jest uciśniona i w ogóle, jest bardzo szczęśliwa z faktu, że ktoś jej pomaga, i w związku z tym pomaga takiemu komuś z wdzięczności, po prostu w życiu, opiekuje się nim i modli się za niego. Aha, oczywiście dusze mogą modlić się za ludzi na ziemi, ale nie mogą za siebie, bo to i tak nic im nie daje, tylko pogarsza sprawę tak samo jak wszystko inne, w czym pokładamy całą nadzieję, a co nie pomaga. W rezultacie będzie nam potem jeszcze gorzej. Taka dusza modli się też za osobę, która jej pomaga, żeby została po śmierci zbawiona. Maria SImma opisała piękną historię, o kobiecie, która umierała i walczył o nią anioł i szatan, aż w końcu nagle otoczyło ją wiele jakichś istot i w rezultacie sprawiły, że znalazła się w niebie. Ona się ich pyta kim są i dlaczego właściwie jej pomogły, i dlaczego jest w niebie. A oni jej powiedzieli, że są duszami, które uratowała z czyśćca, i chcieli się jej odwdzięczyć za to, co dla nich zrobiła. Osobiście mogę tylko stwierdzić, że zawsze gdy prosiłam Cornelisa o pomoc, jakąś otrzymywałam. A zdawałoby się, że to taki zwykły zbieg okoliczności. No pewnie, niektórym się może zdawać, że po prostu jestem przesądna. Ja nie mówię, że na pewno on się do tego przyczynił, w każdym razie zostałam wysłuchana. A cała reszta okaże się w przyszłości. Prosiłam Cornelisa chociaż o miniminiminimalną pomoc, gdy właściwie prawie nie było szans na to, że ten nasz pomysł z nauczaniem indywidualnym w ogóle wypali, a tu nagle nauczyciel Olka pyta Mamulkę na wywiadówce – A jak tam Pani najstarsza córka? – Chociaż on podobno nigdy nic o mnie nie słyszał, Olek był tym zdziwiony, bo nigdy mu o mnie nie mówił, bo i z jakiej racji, Mamulka też, no i ten gościu zaprowadził Mamulkę do dyrektora i właściwie od tego czasu moja sytuacja się ustabilizowała. No ale to taki szczegół. Ogromnie mnie zawsze wnerwia, jak któś mówi, na przykład jakieś kobitki, którym poumierały dzieci, albo mąż, że tak bardzo kochają te osoby, które straciły, że zawsze przychodzą na cmentarz, codziennie nawet, kwiatki zostawiają, i tak dalej i tak dalej, o rocznicach ślubu pamiętają i w ogóle, no fajnie, ale po co takiemu komuś te kwiatki, świeczki i w ogóle? To jest tylko wymiar estetyczny, tradycja, kwiatki magicznej mocy nie mają, nic nikomu nie pomogą, dla nich nie mają znaczenia, poza tym, że rzeczywiście oznaczają pamięć, ale co im po takiej nic nieznaczącej pamięci? A gdzie dowody miłości, czy cokolwiek w podobie? OK, chciałam coś jeszcze ważnego napisać, ale nie pamiętam, a poza tym mózg mnie napiernicza, to sobie idę, i zostawię Was z tym jakże ciężkim, dla niektórych może nawet śmiem twierdzić abstrakcyjnym i zupełnie nowym tematem.

Wpis bez koncepcji.

Taak. Naprawdę. Jeszcze tego nie było chyba w historii mojego bloga, przynajmniej tego, żebym pisała wpis tak kompletnie bez koncepcji, bez idei, ale może się sklei, idea jakaś, tego wpisu w sensie. No a jak nie to najwyżej. A czemu wpis jest bez koncepcji i bez idei i bez czegokolwiek, co jest potrzebne do stworzenia konkretnego, normalnego, przyzwoitego i wartościowego wpisu? Ano powód jest zwyczajny, po prostu mi się takowa koncepcja w mózgowiu nie narodziła, to znaczy ja mam miliard koncepcji, pomysłów i idei na wpisy, ale póki co albo nie mam na podorędziu potrzebnych książek, albo nie mam czegoś innego, żeby tego wpisa zrobić, na nowe archiwa akurat nie mam pomysłu, bo nowych faz brakuje, aczkolwiek tak mi teraz przychodzi do mózgu, że angielski folk jeszcze powinnam Wam pokazać, a chociaż koncepcji mi brakowało, to chciałam napisać jakiś wpis. Taką miałam wenę, do niczego niepotrzebną, bo zmuszającą do działania, ale nieproduktywną, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. W związku z tym siadłam i zaczęłam robić wpis, chociaż kompletnie nie wiem o czym on ma być i o czym właściwie będzie gdy skończę się nad nim biedzić i znęcać się nad klawiszami nieszczęsnymi. Pewnie będzie jedno wielkie wodolejstwo więc może od razu pobawię się w ten sposób, że spróbuję osiągnąć rekord Guinnesa i napisać najdłuższy wpis w historii? Ee no niee ja tylko tak straszę ludzi, tego to nie zrobię, bo nie mam sumienia ludzi zanudzać takimi długimi wpisami, zwłaszcza że i tak nie wiem jaki jest najdłużśzy jak dotąd wpis w historii. Mimo to sądzę, że gdybym chciała, to udałoby mi się takowy rekord osiągnąć, nawet gdybym miała napisać ten wpis wierszem, albo wszystkie słowa na odwrót, a potem normalnie, albo w równie dziwny sposób, poza tym zawsze mogę jeszcze zrobić tłumaczenie w kilku językach na miarę moich możliwości w tej mierze, a wtedy wpis będzie jeszcze dłuższy. Po prostu trzeba umieć lać wodę Tyle tytułem wstępu. Wszyscy poloniści to by mnie w tym momencie zarżnęli, że w ogóle ośmieliłam się zrobić taki długi wstęp, no bo przecież w taki razie rozwinięcie musiałoby być gigantycznych rozmiarów, no ale dlaczego nie? Dobra. W ogóle ostatnio już na dobre wzięło mnie zapalenie oskrzeli. Wzięło mnie, a wczoraj praktycznie poległam. Całą noc prawie nie spałam, bo smarkałam i chrychliłam, w związku z tym byłam nie do życia, a rano miałam gorączkę i cały dzień przespałam, z krótkimi przerwami, u Zofijki w pokoju. Miałam osobliwe sny. Mamulka zadzwoniła do lekarki, żeby się dowiedzieć jak tam rezonans, no i ja wtedy jeszcze byłam przytomna, więc Mamulka do mnie przyszła i mówi, że z przysadką na szczęście wszystko OK, ale że przy okazji widać, że mam naprawdę niedorozwinięe nerwy wzrokowe i komory nerwowe, no i dyskutowałyśmy chwilę o moim mózgu. Potem zasnęłam, i oto jak mój mózg zinterpretował zasłyszane przed chwilą treści we śnie: przyśniło mi się, że pojechałam do szpitala, bo musieli mi znowu zrobić rezonans, bo okazało się, że mam nierozwinięty mózg hahahahahaahahaha. To znaczy najpierw była w tym śnie taka scenka, że moja Mamulka do mnie przychodzi, i chce mnie obudzić, bo mamy jechać, i powiedziała tak prosto z mostu – Wstawaj, musimy jechać na rezonans, bo okazało się, że masz niedorozwinięty mózg. – Hahahahahahahaaaa. Więc pojechałyśmy, a tam na miejscu się okazało, że to właściwie nie jest pewne, że muszą tak naprawdę to sprawdzić właśnie tym rezonansem, i wtedy zrobią mi przeszczep którejś tam półkuli mózgowej. Już nie pamiętam któej. Wsadzili mnie do tego rezonansu, który wyglądał w ogóle inaczej niż na serio, jak jakaś taka pralka normalnie, a ja tam siedziałam, a nie leżałam, i się kręciłam. Swoją drogą nie uważacie, że to dziwne, że ja we wszystkich snach mam tyle różnych zjawisk związanych z ruchem, a przede wszystkim ze spadaniem, kręceniem się, wiszeniem w próżni itd. Boże, co ja mam w podświadomości? Kiedyś nie miałam takich snów. Ale nie mam nic przeciwko nim, trochę adrenaliny w życiu zawsze się przyda. I ja się kręciłam w tym dziwnym rezonansie, aż w końcu jakaś babka założyła mi jakieś takie dziwne… eee no nie wiem, to wyglądało jak kajdanki i ja z tym zjechałam na dół po takiej rurze, do środka do tego rezonansu, i tam mi mieli zrobić ten przeszczep, i wtedy to już tylko czułam jak mi się wwiercają w mózg, a obudziłam się z cudownym bólem właśnie w tym miejscu, w którym mnie rozwiercali, więc pewnie dlatego mi się to śniło hahahahaha. Mój kolejny sen był dużo bardziej przyjemny i monotonny. W ogóle jak jeszcze nie wiedziałam, że to dziadowskie choróbsko aż tak mnie powali, to sobie planowałam, że jutro, czyli wczoraj obejrzę sobie taki film, który jest po szwedzku i strasznie się na to cieszyłam. No ale mój dylemat standardowo był taki sam, czy znajdę w ogóle jakiekolwiek napisy, bo ze szwedzkiego wszystkiego chyba nie zajarzę w stopniu zadowalającym. Nie mówię o polskich, to szczyt marzeń, ale angielskie bardzo by się przydały. No i przyśniło mi się coś tak absurdalnego, że głowa mała. Otuż ten film leciał w naszej polskiej telewizji, a żeby tego było mało z polskimi napisami oczywiście, a żeby tego było mało z Jackiem z Ivony jako lektorem, a jak komuś jeszcze za mało to z audiodeskrypcją. Ehhhh. Marzyć sobie można. A z drugiej strony czy ja wiem, czy ja bym chciała, żeby to było tak dostępne, i aż leciało w polskiej telewizji? Niby tak, ale pod pewnymi względami tak jak jest, jest lepiej. Film obejrzałam dzisiaj, nie dostał nóg i nie uciekł, bo tak mi się do tego śpieszyło, jakbym podświadomie coś takiego przeczuwała, ale nie znalazłam napisów, ale o filmie później. Kolejny mój sen był jeszcze dziwniejszy. Śnił mi się… Cornelis. Jakże by inaczej? no co ja poradzę? Nic, i to jest w tym wszystkim najlepsze. Bo jakbym miałą możliwość coś z tym zrobić to jeszcze nie daj Boże bym skorzystała, ale dobra, nie rozdrabniajmy się. W tym moim śnie siedziałam sobie z Braille-Sense’em i z Zofijką na ławce w jakimś parku czy czymś takim, to była Polska, i ja czytałam sobie książkę, a Zofijka rysowała, i nagle słyszę, że jacyś ludzie po szwedzku nawijają. A Siusia mówi: BIŚBIŚ, jakaś babka do nas idzie”. No i idzie jakaś babka, do nas podchodzi, patrzy się chwilę, w końcu siada, i mówi do mnie po szwedzku. W tym miejscu muszę wyrazić niezmierną wdzięczność samej sobie, że bardzo dobrze ją zrozumiałam i bardzo dobrze z nią nawijałam, bo i gramatycznie i w ogóle. Ona powiedziała, że zna nas i chciała się tylko zapytać, czy byśmy się z nią nie przeszły. Ja już miałam odmówić, no bo w sumie trochę dziwne, że jakaś praktycznie obca baba chce, żebyśmy gdzieś z nią szły. A tu nagle Siusia, tak jakby wszystko rozumiała, zawołała tak wylewnie „Pewnie, że tak”. No to poszłyśmy. Pamiętam, że ta babka się mnie pytała o Braille-Sense’a, że do czego to w ogóle jest itd. i tak szłyśmy, jakimiś drogami, aż do jakiegoś lasu, i ja się już trochę zaczęłam bać, gdzie my w ogóle leziemy, po co, jaki to ma sens. I nagle usłyszałam gitarę, i myślałam, że mam jakieś haluny. A ta babka w tym samym momencie pobiegła daleko, daleko, i Zofijka się bardzo przestraszyła, że ona nas po prostu zostawiła w tym dziwnym miejscu na pastwę losu. Ale ona za chwilę wróciła… z Cornelisem. I się nam przedstawiła, a właściwie mi, no bo Siusia to ja nie wiem ile rozumiała, chociaż właściwie chyba wszystko, bo chociaż mówiła po polsku, to jednak sensownie reagowała i się wyrażała stosownie do sytuacji. Zresztą od tego momentu to ja też nie wiem po jakiemu się w ogóle te dyskusje toczyły. No i ta babka powiedziała, że nazywa się Bim, i że przyjechała z Cornelisem do Polski, (o właśnie, miałam się zapytać dlaczego, bo to dość dziwne :D) no i że poprosili mojego Tatula (ciekawe po jakiemu, skoro mój Tatul zna tylko polski, ale dobra), żeby ich zawiózł do Hiszpanii. To trzeba być crazy, żeby z Polski cysterną jechać do Hiszpanii tudzież, żeby mieć takie sny. No a Cornelis… Cornelis w tym czasie bawił się z Zofijką, co z początku wydawało mi się bardzo absurdalne, ale to był fajny widok, może nawet to było fajniejsze niż wtedy jak się bawił z tymi dziećmi z mojego snu. Potem przyjechał mój Tatul swoją imponującą cysterną, w której jest tylko jedno miejsce dla pasażera, a Tatul miał przewieźć dwie osoby i to jeszcze do Hiszpanii, a żeby tego było mało, powiedział, że ja pewnie bardzo bym chciała, więc mogę jechać z nimi, a Zofijka też chciała, to Tatul też się zgodził, a Bim i Cornelis też chcieli, żebyśmy jechały, więc jechałyśmy. Potem był bardzo ciekawy epizod pod tytułem kto ma gdzie siedzieć, oczywiście oprócz Tatula, który był kierowcą i przywódcą tego zbiorowiska wariatów. A my się żarliśmy, ale w końcu najpierw doszliśmy do wniosku, że Zofijka powinna usiąść na łóżku, bo jest najmniejsza, ale dalej był problem. Bim mówiła, że ja powinnam usiąść obok Tatula, a ja, że Bim, bo jest niższa ode mnie, no więc tak będzie rozsądniej, no ale wtedy co z Cornelisem? O VIPach nie godzi się zapominać. Zresztą Bim też VIPówa. No i nawet jak ja usiądę obok Tatula, to co z Bim, albo odwrotnie. No więc Tatul wpadł na genialny pomysł, który nam do mózgów nie przyszedł, że Bim albo ja powinnyśmy usiąść obok Siusi na łóżku. Noo to było odkrycie wszechczasów Ale co z Cornelisem. Albo co z tą drugą, mną albo Bim? No więc ja wymyśliłam finalnie w ten sposób. Bim usiadła obok Siusi, Cornelis obok Tatula, a ja na ziemi obok Cornelisa, i pilnowałam mu gitary i mu ją podawałam w razie cóś ipilnowałam gratów Bim, w ogóle było tego sporo. No bo co? Któś musi pilnować, żeby to się nie wywaliło, no nie? Dobry miałam pomysł, prawda? Tatul się ze mnie oczywiście nabijał, że może ja od razu zostanę z nimi w tej Hiszpanii, i będę im robić za służbę hahahahaaaahaaa ale stwierdziłam, że na miejscu to już sobie jakąś lepszą i bardziej wykwalifikowaną znajdą. No i jechaliśmy, i nawijaliśmy, pamiętam z tego czasu dużo pojedynczych, bardzo miłych epizodów, ale cóś chyba mój Tatul porządnie przygazował, w takim razie dziwne, że to przeżyłam, siedząc na ziemi, i że nas jakaś ichniejsza dziadowska policja nie złapała, w każdym razie w tej całej Hiszpanii znaleźliśmy się strasznie szybko. A najlepsze że na jakiejś kompletnie bezludnej wyspie. Ja tu się spodziewałam jakichś wrzeszczących, rozemocjonowanych, półdzikich ludzi, a tu proszę, całkiem nieźle jest Cornelis nawijał z moim Tatulem, a Bim zaprowadziła nas gdzieś z Siusią. Okazało się, że jest to megawieeelkie drzewo, które miało w środku takie śmieszne drzwi, tam się wchodziło jak do jakiegoś tunelu, potem się wchodziło po prostu po gałęziach i tam było normalnie jak w domu. A my z Zofijką zaczęłyśmy się huśtać na gałęzi, potem Bim też, i Cornelis. A Tatul? Tatul gdzieś tam stał sam. Nawet go chciałam zawołać, bo pomyślałam, że może specjalnego zaproszenia potrzebuje, ale w końcu nie wiem czy to zrobiłam. A potem któś zaczął walić w drzwi, i nawijać po niemiecku, cholerka, naprawdę nie wiem dlaczego po niemiecku, i ten któś stwierdził, że jest policją, i że mamy natychmiast wyjść stamtąd i Cornelisa i Bim mieli gdzieś zesłać do Chile. No więc zeszliśmy, i wybiegliśmy, ale wtedy ja poczułam, że nie mogę biec, nogi mam ciężkie, i bezwładne, a na pewno jedną nogę, w końcu udało mi się jakoś tam biec, ale jedną nogą strasznie powłóczyłam, bo miałam wrażenie, jakbym ją miała z ołowiu, i wtedy się przewróciłam na trawę i się obudziłam. Poza tą niemiecką policją to był naprawdę piękny sen, ja Wam nie umiem nawet w minimalnej części oddać tego idyllicznego klimatu podczas drogi do Hiszpanii, i gdy huśtaliśmy się na gałęzi. To jest po prostu niemożliwe, żebym umiałą to opisać. Strasznie żałowałam jak zwykle, że mi się ten sen nie pociągnął, ale i tak jeszcze zanim w pełni odzyskałam przytomność i zdolność oceny sytuacji, byłam już wdzięczna Bogu i losowi, że miałam taki piękny sen i że mam ich tyle. Nie za dużo i nie za mało, bo z kolei jak miałam fazę na Declana to jakieś sny z jego udziałem miałam strasznie często, więc w rezultacie żadnego nie pamiętam, sen z Enyą miałam tylko jeden, choć długo marzyłam, żeby mi się przyśniła, i był to sen bardzo niedokładny. A teraz jest tak jak trza, więc trza się cieszyć i tyle. dzisiejszej nocy nie śniło mi się nic szczególnego: byłam z Siusią na grzybach i chciały nas zagryźć wilki, ale Zofija znalazła jakąś dziwną grotę, bo się potknęła o schodki do niej, a ja to odkopałam, i tam zeszłyśmy i się schowałyśmy, bo tam było multum pokoi, a w jednym jakaś babcia siedziała na takim małym kibelku jak Zofijka ma w domku dla lalek i robiła coś na drutach, i dała nam GPS-a, który wyglądał nawiasem mówiąc jak CB-Radio, żebyśmy się nie zgubiły w tych korytarzach, ale tam w tym pokoju się obudziłam, bo Mamulka mnie szarpała, że mamy jechać do lekarza, no i teraz jestem ja sobie na antybiotyku tym samym co zwykle, no i zobaczymy co przyszłość przyniesie. Aha, no i mój Tatul wrócił we wtorek do pracy, więc wreszcie odzyskuje radość życia przynajmniej we właściwym sobie stopniu. Cóż poza tym? Poza tym życie się toczy, w niedzielę miałam osiemnastkę, Mamula sprosiła multum familii, zabawili się i fajnie. Od mojej familiji, która ze zrozumiałych powodów nie wiedziała, co mi z tej okazji kupić, dostałam jak się okazało całkiem sporo kasy (Olek się ze mnie nabija, i twierdzi, że jestem bilionerką :D), więc ja sobie z tej okazji załatwię wszystkie książki Vreeswijka i o Vreeswijku, chociaż jeszcze nie mam skanera, skanera będę mieć za jakiś czas, ale nawet zanim będę mogła przeczytać te książki, to i tak będę się cieszyła jak głupia, bylebym tylko nie popadła w fetyszyzm :DD może jak będę je mieć jakoś bardziej zmobilizuję się do tego tłumaczenia. Bo ja pomysłów mam mnóstwo, ale tego, co zrobiłam, nie mogę dokończyć, bo zawsze muszę utknąć w jakimś martwym punkcie. Ale ostatnio właściwie pomyślałam sobie, że ja i tak niezła jestem, bo przecież „Kołysankę Dla Bim” przetłumaczyłam w czerwcu, czyli wtedy, gdy ze szwedzkiego wiedziałam tyle co kot napłakał, czyli tyle co sobie przypomniałam z zamierzchłych czasów jak się uczyłam, i tyle ile wydedukowałam od Vreeswijka, a napisałam. Co prawda w paru miejscach z karygodnymi błędami, których nie umiem poprawić, przynajmniej tych najgorszych, ale „Kołysankę Dla Bim” zrobiłam w moim przekonaniu najlepiej z tego co zrobiłam. Aha, ja Wam miałam pisać o filmie. Taak, oglądałam dziś film „Rännstensungar”. Nie będę Wam za bardzo o tym przynudzać, i tak chyba nie zdecydujecie się go obejrzeć, bo film jest po szwedzku. O czym on traktuje? Jest sobie Ninni, sparaliżowana od pasa w dół dziewczynka, której umiera mama. W tej sytuacji postanawia się nią zaopiekować Johan Fahlen, biedny i nieznany malarz, który obiecuje jej, że będzie mogła chodzić. Swoją drogą Johan Fahlen to postać pierwszoplanowa, a jej odtwórcą (przynajmniej w tej wersji, którą ja widziałam, z 1974 roku, bo jest jeszcze starsza)jest Cornelis Vreeswijk i jest to chyba jedyna rola pierwszoplanowa w karierze Vreeswijka, ale mogło mi się cóś pokręcić, bo nie wiem jak w „Svarta Palmkronor”, tego jeszcze nie widziałam. A swoją drogą widziałam jedną recenzję „RÄnnstensungar”, która prawie cała traktuje o tym jak to Vreeswijk fajnie pod każdym względem zagrał Fahlena :D Zastanawiało mnie jak ja w ogóle ten film ogarnę, jeśli nie znajdę żadnych napisów, a żadnych nie znalazłam, i choć nie zrozumiałam wszystkiego, to w większości scen, ku mojemu ogromnemu i pozytywnemu zaskoczeniu ogarniałam na tyle, że wiedziałam co się dzieje, oczywiście pomijając kwestie wizualne, wiadomo. W związku z tym bardzo się cieszyłam, a film był piękny, taki… hmmm… idealistyczny, wzruszający, no nie umiem go określić. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. W pewnym momencie to aż myślałam, że to będzie takie megaprzesłodzone, no bo co? Gościu nagle ma pieniądze, szczęśliwy jest że hej, wszystko idzie, no tak trochę płytko by to wyglądało według mnie. Bo ja oczywiście też sądziłam, że skoro Johan Fahlen jest przekonany, że Ninni będzie chodziła, to będzie, on był o tym bardzo przekonany. No i widzicie? Nawet w filmach widać wyższość mojej pesymistycznej strategii od tytułem lepiej się nastawić na gorsze. Ninni miała operację, ale ona w ogóle jej nie pomogła, a oni już snuli plany, że pojadą na wieś, i zaproszą wszystkie dzieci, które pomogły Johanowi i które były miłe dla Ninni, a tu masz Ci los. W końcu Johanowi udało się zaakceptować rzeczywistość (o ile dobrze zauważyłam, to on miał z tym głównie problem, bo Ninni chyba w ogóle się nie nastawiała na jakieś wielkie zmiany w swoim życiu). Dopiero po jakimś czasie, na samym końcu filmu, Ninni może chodzić, ale właściwie nie wiem w jakich okolicznościach to następuje. Chociaż nie zrozumiałam całości filmu, to i tak bardzo mnie poruszył, i jak już pisałam na pewno będę do niego wracała, chociażby po to, żeby zobaczyć po jakimś czasie o ile więcej rozumiem, a więc w związku z tym o ile większą mam wiedzę ze szwedzkiego. Swoją drogą nie wiedziałam, że Cornelis napisał „Vaggvisę” na potrzeby „Rännstensungar”, w sensie dla Ninni, ale tylko jedną zwrotkę. Śliczna jest. OK, czy ja czymś jeszcze mogę pomęczyć ludzi dziś? Niee, chyba nie ma czym. Się powywnętrzałam, wpis bez koncepcji powstał, więc się ulatniam.