Wielki powrót, czyli ulotne chwile I chwilki z życia Debilki Emilki.

Witajcie, po exxxtremalnie długim czasie!

Nie będę się rozpisywać nad tym, czemuż to tak było, że tak długo nic się tu właściwie nie działo, bo na pewno jeszcze nad niejedną rzeczą się tu rozpiszę, a powodów jest kilka. W każdym razie dużo się działo w moim życiu, chociażby dlatego, że jednak minęły ponad dwa miesiące od ostatniego wpisu.

Ostatnio trafiają mi się same fajne książki, tak więc bardzo możliwe, że w całkiem niedalekiej przyszłości jakaś recenzyja się pojawi, no ale nie wiem, czy się pojawi i jaka. Btw. czytałam ostatnio kolejną biografię autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, „Jane Austen i jej racjonalne romanse”, więc bardzo możliwe, że to będzie to, chociażby dlatego, że była tu swego czasu recenzja „Na Plebanii W Haworth” tej samej autorki. Obecnie czytam jednak… „Dzieci Z Bullerbyn”, po raz chyba… nieee no, nie będę strzelać, ale myślę, że mało komu chce się tyle razy czytać jedną książkę, jak mi niektóre, przynajmniej raz w roku staram się pewne pozycje sobie odświeżyć i zawsze znajdę w nich cóś nowego, nierzadko zaskakującego, a nawet jeśli nie, to i tak sprawia mi to przyjemność. Recenzja „Dzieci Z Bullerbyn” jednak, jakoś mi się nie widzi, wszyscy to przecież znają, taką głęboką nadzieję przynajmniej

Mamy kotka! ośmielam się żywić.

Mamy kotka!

Jest to kot rosyjski niebieski, pisałam Wam już wcześniej, że wszyscy (oprócz Tatula, ale dobra) chcieliśmy mieć kota, a ja i Mamulka chciałyśmy mieć kota rosyjskiego. No więc stało się, nawet jakiejś większej alergii na niego nie mam, chociaż alergię na koty jako taką mam, a żeby było ciekawiej, objawiała mi się ona prawie wyłącznie katarem itp. a teraz głównie mam ją na skórze. Nasz kiciuś ma prawie cztery miesiące i jest u nas już prawie miesiąc, nazwałam go Misza, no bo w końcu rosyjski kot. Wiem, wiem, że raczej mało oryginalnie, ale brzmi ładnie i poza tym według mnie do niego pasuje, co z tego, że znam dwa koty i jednego psa o imieniu Misza. Mojej Mamuli kojarzy się z myszą (no comment, :D :D). Jest po prostu słodki, staram się być w tej opinii jak najbardziej obiektywna, może tylko za słodkie trudno uznać to, że Miszka od kilku dni ma jakiś regres i w nocy nie wie, gdzie zrobić kupę, chociaż wcześniej nie miał z tym problemów. Obecnie Miszka ma zapalenie spojówek, czym narobił Mamuli, Zofijce i mi sporo strachu, bo, jak to określiła Zofijka „oko mu się odwróciło gałką do góry”. Teraz jest już lepiej. Ja zyskałam kolejną niewinną istotę do zadręczania moimi monologami, oczywiście bez świadków, żeby nie było dowodów i żeby Misza nie miał się komu skarżyć w razie czego. Dzisiaj moja Mamulka mi czytała, że Jan Paweł II miał dwa koty rosyjskie, (kurczę, ja to go lubię, słuchał Enyi, jadł kremówki i miał rosyjskie koty. Wie co dobre), a ostatni car Rosji, Mikołaj II, będący zarazem moim ulubionym i jedynym bliżej mi znanym carem Rosji, o którego rodzinie czytałam jak dobrze liczę z pińć książek, miał kotkę rosyjską, której powierzał ponoć nawet największe tajemnice państwowe, to co, ja nie mogę sobie z Miszą podyskutować?

Ostatnio mam znowu moje lęki (nie wiem, może kiedyś się szerzej o tym rozpiszę, ale na pewno nie obecnie) i Misza jest mi sporą pomocą w tej sytuacji, przynajmniej jak nikogo nie ma w domu. Swego czasu z nim spałam i wtedy w ogóle nie miałam strasznych snów ani lęków w nocy, ale na razie współpraca z nim w tej kwestii jest jeszcze nieosiągalna, bo on nie umie mnie po ludzku obudzić, jak chce się załatwić, żebym mu otworzyła drzwi, a jak mu otwarte zostawię na całą noc, to budzi mnie co chwilę, wychodząc, wchodząc, miaucząc, włażąc mi na łóżko, chowając się co chwilę gdzie indziej, liżąc mnie po oczach, drapiąc po nogach itd. Obecnie z racji na ów ww. regres związany z podstawowymi czynnościami życiowymi Misza i tak jest zmuszony spać w łazience i wtedy kupa jest gdzie trza. Niestety, odkąd Misza jest u nas, dużo mniej lubię, jak Zofijka wraca ze szkoły, ponieważ wtedy Misza jest zarezerwowany niemal wyłącznie dla Zofijki, mam wrażenie, że może nie wbrew własnej woli, ale też niekoniecznie całkiem dobrowolnie, no ale dobra. :D Tak, jak podobno każdy kot, Misza lubi mieć ciepło, lubi więc komputery, a że jako kot rosyjski i w ogóle jako kot jest dość ciekawski, wykazuje zainteresowanie łażeniem po klawiaturach. W związku z tym, przyszedł mi do mózgu taki pomysł, który muszę jednak skonsultować z moimi Czytelnikami: co Wy na to, żeby na moim blogu stworzyć cykl dotyczący Miszy i współtworzony przez Miszę? Chodzi mi mniej więcej o to (dokładna idea skrystalizuje mi się pewnie w miarę tworzenia, a może i pod wpływem Waszych opinii), że co jakiś czas ukazywałby się wpis w imieniu Miszy, np. na górze jego własny „oryginał” wychodzony na klawiaturze, a pod spodem moje „tłumaczenie” czy też dedukcja, co autor miał na myśli, czyli po prostu wpisy w imieniu Miszy. Nie znam się jakoś wybitnie na tym, jak Misza czy każdy inny kot postrzega świat, więc byłaby to trochę moja twórczość inspirowana Miszą i z Miszą jako narratorem. Czekam na opinie, no i wgl.

Aam a hero, we baith ur heroes, yeah, yeah, yeah! :D

Odmówiłam moją drugą nowennę pompejańską w życiu i… cieszę się, że już po wszystkim. Jak ją skończyłyśmy z Mamulą, byłam po prostu szczęśliwa, że mam już to za sobą. No i stwierdziłam, oczywiście dla jaj, że jestem hiroł. Trzecia będzie nieprędko. Sama nie wiem, dlaczego są we mnie wyłącznie takie uczucia, właściwie było mi ją łatwiej odmawiać, niż tą pierwszą, odmawiałam ją z Mamulką, intencja też była taka, że łatwiej byłoby zauważyć jakieś efekty modlitwy, niż w tej pierwszej, co jest bardziej motywujące, ale jednak nic poza tym, co wyżej nie czuję. Nigdy wcześniej zdaje się nie pisałam tu o nowennie pompejańskiej, więc może trochę napiszę, o samej tej modlitwie, bo chociaż skutecznie i szeroko rozpowszechniana, jest jednak mało znana, a jeszcze rzadziej odmawiana, bo jest po prostu trudna. Wiele osób twierdzi jednak, jak można się przekonać na stronie:

pompejanska.rosemaria.pl

iż jest to modlitwa bardzo skuteczna, w końcu nazywa się ją nowenną nie do odparcia. Sama jeszcze tego namacalnie nie doświadczyłam, jednak nie mam powodu nie wierzyć tak licznym świadectwom i książkom na ten temat, zresztą może te osoby, za które się w obu nowennach modliłam zostały obdarzone już tymi łaskami, lub może innymi, pojęcia nie mam. Sama po pierwszej nowennie napisałam tam świadectwo, raczej po to, żeby po prostu obwieścić światu, iż i ja tą nowennę odmówiłam i podzielić się moim doświadczeniem, o niczym innym przecież napisać nie mogłam.

Nowenna pompejańska jest modlitwą maryjną, opartą na Różańcu, ku czci Matki Bożej z Pompejów, trwającą przez 54 dni, podzieloną na sześć małych nowenn (9 dni): trzy błagalne i trzy dziękczynne. Codziennie trzeba odmówić trzy (ewentualnie cztery) części Różańca, a przedtem wypowiedzieć intencję (tylko jedną), w której następnie modlimy się przez całą nowennę. Po odmówieniu wszystkich części odmawia się modlitwę końcową (przez pierwsze 27 dni błagalną, a następnie dziękczynną). Jak już się za to weźmiesz, to z czasem nie ma problemu, wielu ludzi, włącznie z mamusiami niemowląt i aktywnie pracującymi i żyjącymi ludźmi, odmawia tą modlitwę, ale weź się skup codziennie przez godzinę na modlitwie. Pod tym względem zupełnie nie byłam hiroł. Miałam serdecznie dosyć modlitwy po dwóch tygodniach. Zaczęłyśmy nowennę 1 marca, więc ostatni dzień wypadał 23 kwietnia, w święto Świętego Wojciecha. Z tym też faktem ściśle zwiazana była nasza intencja. W tym czasie odmawiałyśmy też normalne, to znaczy dziewięciodniowe nowenny do Dobrego Łotra, świętego Józefa, ja również do świętego Expedyta i świętego Wojciecha, więc duużo tego było, ale i intencja ważna, zresztą tylko w takich ludzie podejmują się chyba odmawiania tej nowenny.

Z innych religijnych rzeczy: dostałam od Mamulki ikonkę świętego Jacka, którego bardzo sobie cenię i uwielbiam. Wprawdzie ja już od dawna marzyłam o figurce, ale jak nie ma figurki to ikonka dobra rzecz. A, no i 4 maja jedziemy do Częstochowy, bo jest okazja, a po części też jako podsumowanie nowenny, chciałabym też mojego Tatula namówić, żebyśmy w wakacje pojechali do Legnicy do świętego Jacka, to znaczy do Jego kościoła.

Mam „pracę”

No i się cieszę, zwłaszcza, że (przynajmniej póki co) nic w związku z tym nie robię, a mam cóś około 2000 zł na koncie. I co miesiąc dostaję siedem stów no i jest git. Już chyba pisałam, że teraz Tatul to jest mój MR Chief. Noo i w tej kwestii to chyba tyle.

Studnia bez dna, czyli moja faza się rozvreeswija.

Tak jest. Odkąd egzystuję sobie spokojnie na Spotify, znalazłam takie mnóstwo nieznanych mi dotąd albumów i wykonań znanych mi już piosenek Cornelisa Vreeswijka, zarówno mniej lub bardziej ciekawych coverów jak i jego własnych wersji, że normalnie mózg mi się wywrócił na lewą stronę. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że tam i tak wszystkiego nie ma!!! To znaczy na Spotify nie ma wielu utworów Vreeswijka, które ja posiadam i które są na jakichś albumach, więc z tego po części dedukuję, a po części wiem, że na pewno nie ma tam też czegoś, o czego istnieniu ja nie mam najbardziej nawet zieloniutkiego, szmaragdowego ani nawet butelkowego pojęcia jeśli chodzi o twórczość Cornelisa. Cóż, trza by było się z tym pogodzić, jak i również z tym, iż to, czego ja nie mam, a co jest na Spotify, nie funkcjonuje nigdzie indziej w sieci. To jeszcze nie jest takie straszne, ponieważ może jest to wszystko na Itunesie, a jak tak to jest GITESS, że się tak wyrażę kolokwialnie i w ogóle nieadekwatnie do tematu i sytuacji. Coverów Vreeswijka jest natomiast sporo i na Spotify i na Internetach, w ogóle jakaś paranoja jest, kogokolwiek ze szwedzkich (a i nie tylko szwedzkich) artystów polubię, na ogół okazuje się, że przynajmniej raz coverował Vreeswijka, albo coś z nim miał wspólnego. Właściwie to nie paranoja, tylko obsesja, tylko ja już nie wiem czyja. :D Żeby było śmiszniej, jest sobie na tym świecie jeden Duńczyk, który postanowił zrobić album po szwedzku, ale w tym natłoku pięknych interpretacji, milutkich coverów i gryzących parodii utworów Vreeswijka postanowił wysilić się na oryginalność i w rezultacie mamy album o Cornelisie Vreeswijku. No czego to ludzie nie wymyślą. Mi to pasuje wybitnie, zwłaszcza, że album fajny jest. Tylko trochę nie rozumiem, skoro album jest o Cornelisie, momentami również nasz bardzo oryginalny Steen Svanholm zwraca się do samego Cornelisa, to dlaczego tak bezpośrednia nawijka nie toczy się po holendersku? :D trochę śmiszne, chociaż ja z tego też się cieszę, bo (póki co) rozumiem lepiej szwedzki niż holenderski, a facet ma fajny, lekki duński akcent, ale to już szczegół.

W ogóle a propos duńskiego Duńczyków itp. dochodzę do wniosków, że to nie jest chyba aż takie heroiczne mistrzostwo jak myślałam, żeby się dogadać z Duńczykami po szwedzku i zrozumieć ich piękną, charczącą nawijkę bez samogłosek. Primo: oni się potrafią dostosować, jak widzą, że któś nie ze Skandynawii się wysila po szwedzku i wtedy duński jest ponoć bardziej zrozumiały, secundo: te języki są jednak naprawdę podobne.

Świadczy o tym moja własna niedawna sytuacja: otworzyłam sobie jakąś stronę w sieci, przekonana, iż będę mieć do czynienia ze szwedzkim, nawet nie patrzyłam, czy rzeczywiście szwedzka strona, po prostu byłam tego pewna. A tu proszę… norweski? hmmm… no nie wiem, chyba tak, ważne, że jarzę. No i tak sobie czytałam, kulejąco, bo kulejąco, ale z może mniej więcej 80-procentowym zrozumieniem, po szwedzku bym zrozumiała więcej, ale pewnie też nie wszystko, jeszcze zależy jaki poziom słownictwa i w ogóle. Potem patrzę z jakiego kraju owa strona pochodzi i okazało się iż jest duńska, więc nieźle było. Pewnie, że czytać po duńsku jest łatwiej niż słuchać, ale też na pewno nie byłabym całkiem bezradna w obliczu takiej sytuacji. Z mówieniem po duńsku już gorzej, dla mnie to jest czarna magia, nie umiem imitować tych ich „kluchowatych”, acz intrygujących spółgłosek i jakoś niby wiem, jak to wszystko powinno brzmieć, ale akcent mi nie wychodzi. Gdybym bardziej lubiła duński, to pewnie by mnie załamało, a tak to mi wisi, może kiedyś mnie olśni, jak oni to robią, bo mi z tego wychodzi niemieckoszwedzki. Nie dziwię się duńskim dzieciom, że ponoć uczą się mówić najpóźniej ze wszystkich europejskich narodów. A ludzie mówią, że walijski jest trudny do wymówienia. Trudny jest, ale jak dla mnie tylko gramatycznie. Tak sobie seplenisz jak dzidziol, co w tym trudnego? Na tym między innymi polega dla mnie urok walijskiego, może nawet przede wszystkim, że ta wymowa jest taka troszkę śmiszna, ale zarazem jakaś dziwnie uroczysta, w końcu miano najstarszego języka w Europie zobowiązuje do jakiejś stateczności i podniosłości.

Mamusiu, co ja wypisuje w ogóle? Jaki bezsens. :D ciekawa jestem reakcji ludzkości na te moje rozkminy. :D to musi być śmieszne dla postronnych czytelników.

Cóż mi pozostaje wobec powyższego? Miłych snów, miłego wszystkiego, się zwijam, tylko jeszcze zostawię po sobie jakiś ślad multimedialny. Hmmm, niech będzie Eivor Palsdóttir.

Eivor Palsdóttir jest Farerką (w razie, gdyby komuś to słowo nic nie mówiło wyjaśniam, iż Farerka to kobitka z Wysp Owczych, sama tego jeszcze dwa lata temu nie wiedziałam), ubóstwiam jej wokal, jest taki expresywny jak język walijski. Eivor oczywiście z walijskim nie ma o ile wiem nic wspólnego, ale jej wokal i brzmienie walijskiego doprowadzają mnie do podobnego stanu, więc aż dziwne, że nie mam na nią większej fazy, niż mam. Jest dość znana, dlatego, że jest farerską piosenkarką, przy niewielkiej ilości Farerów tam chyba nietrudno o sławę w showbiznesie, a że dziewczyna śpiewa i po ingliszu i po farersku i po duńsku czasem, no i że ten wokal ma taki, jaki ma i szerokie zainteresowania muzyczne, to jest rozpoznawalna i poza Wyspami Owczymi i Skandynawią, poza tym podróżowała sporo z różnymi artystami. Ja ją kiedyś w radiu słyszałam, (tak, polskim), ale oczywiście w Dwójce, bo gdzież indziej. Nie mogę się zdecydować, jaką piosenkę od Eivor Wam podrzócić, więc pozwolicie, że będzie kilka utworów w archiwum Dropboxowym tym razem.

Eivor

Języki I osobowość.

Witajcie!

Zanim przejdę do niesamowicie ciekawego według mnie meritum wpisu, chciałabym Wam pokrótce opisać kilka wydarzeń, które ostatnio miały u mnie miejsce. Przede wszystkim byłam dziś u mojego konika, to znaczy ja właściwie obecnie jeżdżę na dwóch, ale dziś na Rudym, którego znam niezbyt długo, ale coraz lepiej się rozumiemy i czujemy wzajemnie, poza tym nie da się go nie lubić, ale to akurat chyba jest wspólna cecha wszystkich koni.

Winna Wam jestem jakieś wyjaśnienia jeśli chodzi o ten nieszczęsny walijski, skoro już ostatnio temat zaczęłam. Otóż, babka z tego uniwersytetu mi odpisała, że owe studia celtyckie są primo: studiami podyplomowymi, a secundo: trzeba mieć certyfikat z inglisza, którego ja mieć nie będę, bo już nawet dyrektorka z liceum, do ktorego chciałam iść stwierdziła, że nie wyobraża sobie, jak ja będę funkcjonować w klasie lingwistycznej, bo oni mają tam certyfikaty, a do certyfikatów nikt mi nie dostarczy materiałów w brajlu do ćwiczenia przed certyfikatem. Też sobie to średnio wyobrażam. Szkoda, że tak się to przedstawia, ale przynajmniej może wreszcie mój mózg przyjmie do wiadomości, że ani tak, ani siak nie jest możliwe, żebym mogła normalnie i efektywnie uczyć się walijskiego. Wiem o tym od roku, ale usilnie ciągle próbuję walić mózgiem we wszelkie możliwe drzwi do walijskiego i trzymać sie jakiejś nadziei. Teraz już nawet nie wiem, gdzie walić, więc może wreszcie uda mi się zostawić w spokoju równie nieziszczalne marzenia jak to, że będę kiedykolwiek znała walijski. Właściwie to powinnam ująć inaczej: marzyć o walijskim będę, na to nie ma żadnej ziemskiej siły i tu nie ma co się łudzić, będę też robić, to co sama jestem w stanie robić z walijskim, ale faktem jest, iż ja nawet nie mam co w tej dziedzinie osiągać, bo nie ma jak, więc należałoby się trzymać tego, co jest osiągalne, a więc na pewno nie kurczowo walijskiego niestety. Tyle o walijskim, a jak będzie z moim mózgiem pod tym względem, to się jeszcze okazże.

Od jakiegoś mniej więcej tygodnia ssę olej. Nie wiem, czy kiedykolwiek o takim czymś jak ssanie oleju słyszeliście, metoda ta robi się modna, ale jeszcze na pewno wielu ludzi o tym nie wie. Jest to czynność bardzo dobra dla zdrowotności, której wielką zwolenniczką jest moja Mamusia i ona wlaśnie mnie do tego namówiła gdy zaczęło mi się rozwijać to moje piękne, zimowe zapalenie oskrzeli co zwykle. Wiem, że po przeczytaniu mojego wpisu raczej nikt się nie skusi na wypróbowanie tej metody, ale mimo to ją polecam, bo jest fajna i jakoś tam działa, a konkretnie jak, to będę mogla stwierdzić może za jakiś tydzień. Robi się to w ten sposób, że obojętnie jaki olej spożywczy, taki, jaki Wam pasuje (u mnie słonecznikowy absolutnie wymiata, moja Mamula używa kokosowego), a konkretnie jedną łyżkę oleju, trzymacie w ustach przez 15-20 minut i ssiecie go tak, żeby się zmieszał ze śliną i tak po prostu płuczecie nim buzię od wewnątrz. Efektem tego jest detoxykacja organizmu. Po tych dwudziestu minutach olej należy wypluć do kibelka, przepłukać usta i umyć zęby i git. Ważne, żeby robić to albo rano na czczo, albo o każdej innej porze, byle cztery godziny albo więcej od ostatniego posiłku. Ja jeszcze tydzień temu czułam się raczej niezbyt ciekawie z tymi oskrzelami, obecnie wygląda to tak, jakbym po takiej początkowej fazie rozwijania się tego dziadostwa od razu przeszła na sam finisz, normalnie zajmuje mi ten proces ponad miesiąc, a na antybiotyku gdzieś z dwa tygodnie, więc uważam to za zjawisko fenomenalne. Mówię, nie jest jeszcze idealnie, trzeba będzie poczekać jakis czas jeszcze, tymbardziej, że dzisiaj byłam na koniach, a jako, że mam alergię na konie, to w takich sytuacjach mi się to zapalenie oskrzeli zaostrza, ale jest lepiej niż kiedykolwiek, dlatego wszystkim bez wyjątku polecam ssanie oleju. Oczywiscie radzę Wam jeszcze zajrzeć do sieci i trochę sobie na ten temat poczytać, dużo jest na ten temat.

OK, to chyba czas przejść do meritum. Pomysł na ten wpis miałam już baaardzo dawno, ale szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, od której strony to ugryźć. Zaczęło się od tego, że całkowicie przypadkowo natknęłam się na bloga jakiegoś chłopaka, który uczy się kilku języków, a konkretniej na jego wpis dotyczący tego, jak on sam się zmienia, gdy używa konkretnego języka pod względem osobowości. Było to dla mnie bardzo interesujące, bo interesuję się i lingwistyką i osobowością, a on jeszcze pisał, że oczywiscie w każdym języku z tych, które zna, funkcjonuje pod innym imieniem i do tego też jakby się jego osobowość dostosowuje, a imiona to również mój konik, że tak się hipologicznie wyrażę, jeszcze w nawiązaniu do koni. :) Było to jeszcze zanim sama zaczęłam się naprawdę mocno angażować w języki, więc oprócz tego, że mnie to zainteresowało, niewiele mogłabym w temacie tego wpisu powiedzieć.

Jednak z czasem poznałam trochę ludzi z różnych krajów, trochę ludzi znających sporo języków, albo nawet jeden język obcy, ale dobrze, poznałam też Finów, którzy przecież są bilingualni, no i sama się rozwinęłam językowo i stwierdziłam, że gościu ma rację. Stopniowo, wraz z dość szybką i nagłą poprawą mojego angielskiego, jak również tworzeniem się angielskiego akcentu innego niż – jak ja to ostatnio lubię określać – „Schoolish English”, zauważyłam, że naprawdę czuję ten język. W szkole jeszcze jako tako, bo – nie oszukujmy się – ile mówi się po angielsku w przeciętnej szkole? Chodzi mi o takie naprawdę wartościowe mówienie, a nie wypowiadanie pojedynczych słów czy zdań. Jednak gdy rozmawiałam z kimś po ingliszu swobodniej, co ostatnio zdarza mi się dużo częściej, czułam się normalnie tak, jakbym była prawie zupełnie kimś innym. Zastanawia mnie, jak to jest z ludźmi, którzy mają dwa języki opanowane w równym stopniu, przecież skoro ja z moim ingliszem tak silnie to odczuwam, to co dopiero tacy ludzie?

Potem przyszedł czas na szwedzki, który jest dla mnie obecnie językiem, którym mogę się porozumiewać prawie, prawie tak dobrze jak po angielsku. Gdy nabrałam troszkę sprawności w mówieniu w tym języku zauważyłam, że zrobiła mi się trzecia osobowość. Z fińskim na razie trudno stwierdzić, ale też już jakiś szkielecik widzę, że jest. Z wieloma osobami na ten temat rozmawiałam, wiele osób jak mogłam, tak obserwowałam, o innych czytałam, a w ostatnich miesiącach dwujęzyczność i jej aspekty psychologiczne interesują mnie przeogromnie. Pisałam Wam już, że bardzo chcialabym być neurochirurgiem i neurobiologiem, a kwestia, którą na pewno bym się wtedy zajęła, gdybym miała możliwość być tym całym neurokimś, to właśnie dwujęzyczność, psychika i osobowość ludzi dwujęzycznych (nie tylko tych z krajów dwujęzycznych czy dzieci z małżeństw mieszanych, ale też chociażby nawet tymi, którzy umieją się po prostu komunikować w kilku językach), ewentualne zaburzenia osobowości na tym tle, wynikające pośrednio z dwujęzyczności czy wielojęzyczności (czytałam o tym troszkę ostatnio) czy adaptacji. Zastanawia mnie też cóś takiego jak „osobowość” samego języka, bo moja opinia jest taka, że języki, nawet najskromniejsze dialekciki, też mają swego rodzaju charakter.

Postanowiłam, że nie będę się w tym wpisie mądrzyć na temat, co zaobserwowałam u innych, bo to jest ich rzecz i oni wcale tak nie muszą tego odbierać, a jedynie opiszę moje własne doświadczenia z językami i tym, jak się w każdym z nich czuję, chętnie się również dowiem, co Wy na ten temat myślicie i czy macie jakieś własne doświadczenia w tych kwestiach.

Pierwsze to, co zauważyłam, gdy zaczęłam sama bardziej pracować nad moim ingliszem, to, że gdy mówię w tym języku czuję się dużo swobodniej niż po polsku. Fakt ten ogromnie mnie cieszył, zwłaszcza, gdy sobie poobserwowałam przerożnych ludzi z blokadami językowymi, którzy moze by i potrafili, ale ni jak nie mogą się po angielsku wysłowić, tak są wewnętrznie zblokowani. Ja kiedyś też byłam, ale udało mi się bezboleśnie i niemal nieświadomie z tym skończyć i w żadnym języku od tego czasu jeszcze się nie zablokowałam, no chyba, że po prostu miałam pustkę w głowie i nie wiedziałam, co powiedzieć, swoją drogą to jest okropne!

W ciągu ostatnich dwóch lat mój inglisz nie polepsza się jakoś bardzo od strony słownictwa czy gramatyki, ale mówię dużo płynniej, poza tym swego czasu miałam problem z rozumieniem, pomimo iż miałam dosyć bogate słownictwo, a teraz jest lepiej, co znacząco wpływa na poprawę zarówno mojego stylu pisania jak i mówienia po ingliszu no i ogólnie jakości kontaktu z ludźmi. Gdy piszę, że czuję się swobodniej przy ingliszu, nie mam na myśli, że swobodniej przychodzi mi mowienie czy pisanie w tym języku, ale że mówienie/pisanie po ingliszu sprawia iż czuję się ogólnie swobodniejsza, nawet w jakiejś sztywnej nawijce czy jak jestem zestresowana. Poza tym zauważyłam u siebie wręcz niesamowitą szczerość, gdy posługuję się angielskim w kontakcie z kimś. Nie należę również do osób spontanicznych, a sądzę, że gdyby ze mną któś się zapoznał nawijając po ingliszu, mógłby odnieść wrażenie zupełnie odwrotne. Ostatnio jak próbuję nawijać ze szkockim akcentem, co uważam za świetną formę rozwoju, ale też zabawy :D jestem również bardzo zwięzła, jeśli mówię. Wciąż mówienie ze szkockim akcentem sprawia mi niejaką trudność i muszę ciągle o tym myśleć, co jak mówić, ale mimo to podchodzę do tego raczej luźno. Jeden powód jest taki, że sam szkocki akcent wywołuje we mnie poczucie wewnętrznej harmonii i po prostu luzu, a drugi taki, że wydaje mi się, że szkocki angielski nie brzmi już tak efektownie, jeśli się człowiek nie rozluźni, taki ściśnięty jakiś jest, ten Skotisz wtedy, zwłaszcza samogłoski, w żadnym innym języku tego tak nie słychać, przynajmniej ja to tak odbieram u siebie. Wciąż jednak, mimo iż bardzo lubię mówić tym szkockim dialektem, bo rekompensuje mi on szkocki gaelicki, którego pewnie nigdy nie poznam, łatwiej mi się pisze niż mówi w Scotts, ale może też dlatego, że ja w ogóle wolę pisać niż mówić, niezależnie po jakiemu. :D

Przytoczę Wam historyjkę, jak to kiedyś inicjowałam znajomość z pewnymobywatelem Anglii. Przedstawiłam mu się jako Margaret, a nie Emily, czy Emilia, a więc zgodnie z prawdą, bo wtedy nawet jeszcze chyba dla nikogo nie byłam Emilką, ale powiedzialam mu, żeby tak do mnie nie mówił, bo tego nie lubię, bo mi się z Tchatcher kojarzy albo jakoś tak podobnie. No więc on zareagował tak, jak zrobiłby pewnie każdy i mówił na mnie Maggie. Postanowiłam to przemilczeć, bo sama nie bardzo wiedziałam, jak by mial na mnie mówić… Marjorie? :D ale jakoś podświadomie bardzo mi ta Maggie musiała przeszkadzać. Imię Maggie kojarzy mi się z głupią i raczej ograniczoną istotą i taka w końcu zaczęłam się czuć, dodatkowo mój inglisz raczej wtedy kulał, więc w końcu nie wytrzymalam i wypaliłam: „Nie mów na mnie Maggie, bo nie wyrobię. Kojarzy mi się to z jakąś niedorozwiniętą pokojówką”. Nie wiem, skąd u mnie takie skojarzenia, nie pamiętam, skąd w ogóle wiedzialam, jak jest „niedorozwinięta pokojówka” po angielsku, ale to pewnie sobie po prostu sprawdziłam, ale jak tylko to mu wysłałam, poczułam się raczej głupio. Obecnie stwierdzam, że to był z mojej strony popis szczerości, po polsku rozmawialibyśmy dalej i pewnie po chwili przestałabym zwracać uwagę na to, jak on na mnie mówi, a już na pewno nie wyjechałabym z czymś takim. Na szczęście on ma trochę dystansu do takich rzeczy jak się okazało, i się z tego tylko chichał. Zapytał się jak wobec tego ma do mnie mówic, a ja pojęcia nie miałam i tak powstała Mairin. Z czasem się dowiedzialam, ze Mairin to wcale nie forma Małgorzaty, tylko irlandzka czy tam szkocka forma Marii, ale ja już i tak byłam Mairin i tyle i czułam się z tym znakomicie i wszystkim Szkotom do tej pory się tak przedstawiam. Jest coś fascynującego w tym imieniu, dla mnie jest tylko xywką i nie chcę, aby było czymkolwiek innym, ale odczuwam to jako wielki zaszczyt, że zostałam uhonorowana taką piękną xywką. A więc ja jako Mairin jestem szczera czasami wręcz do bólu, czasami się zastanawiam, czy to w ogóle ja, a jak myślę po angielsku, czyli głównie wtedy, gdy mówię po angielsku, bo raczej w innych sytuacjach nie myślę po angielsku, to mam jeszcze większą skłonność do czarnowidztwa niż zwykle.

Jak mówię po szwedzku, to mówię bardzo rozwlekle i czasami kwieciście, wielu kwiecistych wyrażeń nauczyłam się za pośrednictwem Vreeswijka, więc to pewnie jego wpływ. Czasami też nagle w taką kwiecistą nawijkę wejdą mi jakieś kolokwializmy, których również pokaźną ilość znam od Vreeswijka, bo on tak pisał, że często w jednym wierszu czy piosence było i kwieciście i kolokwialnie, ale w zwykłej nawijce to wychodzi śmiesznie. Tyle, że ja się orientuję w tym dopiero po fakcie na ogół, bo jak mówię, to jestem za bardzo zaaferowana. Czasami też tak robię celowo, że mieszam style w nawijaniu, bo się ludzie jarają. Poza tym nie mogę się oduczyć zwyczaju ciągłego śmiania się jak głupi do sera jak mówię po szwedzku o czymkolwiek z kimkolwiek, nawet jak piszę, to się szczerzę :D to jest beznadziejnie glupie. Jestem bardzo zadowolona z mojej płynności w szwedzkim, przede wszystkim dlatego, że tak szybko ją osiągnęłam (po dziesięcioletnim mitrężeniu się w szkole z angielskim to dla mnie naprawdę nowość), ale nie zamierzam na takim poziomie poprzestać, bo jeszcze miewam dość często problemy z nawijaniem i pisaniem, a więc i z płynnością idealnie nie jest. Poza tym jak mówię po szwedzku, często wpadam na bardzo ciekawe pomysły w trakcie mówienia, lubię się posługiwać ripostami, na pomysł których wpadam jakoś szybciej niż myśląc po polsku, czasami w jakiejś szczególnej chwili cytuję Vreeswijka, gdybym nie spotkała się z tym u innych, to bym pewnie na to nie wpadła. Poza tym uwielbiam monologować sama ze sobą po szwedzku jak jestem sama w domu, albo jak cóś robię w nocy, a jeszcze częściej monologuję do Vreeswijka, jak na przykład mam jakiś wielki problem, albo jak próbuję tłumaczyć jakiś jego wiersz i nie mogę dojść chociażby w najmniejszym stopniu, cóż takiego autor mógł mieć na myśli, w ogóle lubię go zamęczać moimi monologami, wiem, że takie zawracanie gitary bliźnim w czasie przeznaczonym na wieczny odpoczynek nie jest zbytnio altruistyczne, ale przecież ja mu wcale nie każę wchodzić w interakcje jakiekolwiek ze mną, więc uważam, że jest OK, poza tym wcale nie musi mnie wysluchiwać, ja jestem przyzwyczajona do monologowania do ludzi, którzy myślą o czymś zupełnie innym, albo w ogóle nie myślą, mi to nie przeszkadza. Piszę o tym, bo to również jest wzbogacająca czynność dla moich szwedzkojęzycznych umiejętności, poza tym nawet, jeśli jakiegoś słowa po szwedzku nie jarzę, to mogę je zastąpić angielskim, a czasami nawet holenderskim, fiński i polski w ostateczności, bo nie jestem taka pewna, czy on na pewno znał fiński, ale polskiego to już na pewno nie. Szwedzki działa na mnie bardzo… hmmm… ukreatywniająco? jest w ogóle takie słowo? no nie wiem, jak to określić, w każdym razie to jest taki język, który rozbudza kreatywność, nie wierzę, że tylko moją, na pewno dużo ludzi tak ma. Aha, poza tym, gdy myślę po szwedzku, cechuje mnie niepoprawny optymizm, przynajmniej jak na mnie.

O fińskim trudno mi jeszcze mówić, bo baaardzo trudno mi jeszcze mówić po fińsku, mówię w tym języku chyba gorzej niż Kali z „Pustyni I W Puszczy” po angielsku, wszystko przez te przypadki. W fińskim czuję się trochę jak słoń w składzie porcelany, który nie wie na co trafi, ale i tak coś rozbije, to znaczy nieważne, co i jak powiem, ale i tak będzie zły przypadek, zwłaszcza, że znam ich na razie zaledwie sześć. FATALNIE idzie mi czytanie po fińsku, mimo moich ogromnych wysiłków w tej mierze. Czytam sobie coś co jakiś czas po fińsku, w miarę regularnie, ale nie bardzo się to zmienia. Chodzi o to, że fiński jest językiem aglutynacyjnym, co oznacza w tym wypadku tyle, że są tam bardzo długie słowa (pomijam przypadki, że mi te słowa w całości nie mieszczą się na linijce brajlowskiej, bo to jest w ogóle piękne i nie da się przeczytać płynnie), dlatego jakoś trudno mi posklejać co dluższe słowa i jakoś je ogarnąć. Szczęście w tym jest takie, że w FInlandii używa się przecież także szwedzkiego, więc ja na razie mówię po prostu po szwedzku, a czasami sobie zaryzykuję i powiem coś po fińsku, ale na razie, chociaż kocham fiński z całego mózgu, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich, to jednak nie czuję się w nim komfortowo, a w dodatku to chyba bardzo widać. Większość Finów obecnie nazywa mnie Millą, które to zdrobnienie od Emilii bardzo polubiłam i ono bardzo dobrze swoim brzmieniem pokazuje moją bezradność wobec potęgi fińskiego.

Z holenderskim jest bardzo podobnie, jest on na szczęście dużo łatwiejszy, bez porównania łatwiejszy od fińskiego, ale również jak na razie jestem słaba w te klocki. Na początku wiem, że wybitnie kaleczyłam pod względem fonetycznym holenderski, co zdarza się każdemu, ale ja bardzo nie lubię kaleczyć i ogromnie mnie niecierpliwiło, że to jakoś z tym językiem długo trwa, ale zdaje się, że ten etap mam już za sobą, no chyba, że jedyna moja znajoma z Holandii, z jaką piszę i nawijam, już tak bardzo się do tego przyzwyczaila. Ale to, co najbardziej mnie wkurza w moim mózgu jeśli chodzi o holenderski, to to, że gdy mam mówić po holendersku, nasuwają mi się słowa niemieckie, często bardzo podobne, czasem nawet prawie identyczne, no ale jednak nie zawsze. A najlepsze jest to, że mój zasob slownictwa niemieckiego wcale nie jest wielki, krótko i niezbyt efektywnie uczyłam się tego języka w szkole, a czasami nagle wychodzi mi cóś z podświadomości, a ja się dziwię, skąd ja to wiem i w popłochu szukam odpowiednika holenderskiego. Pamiętam, że w zeszłym roku na niemieckim z kolei parę razy pomyliłam się w drugą stronę. Najwidoczniej mój mózg wie, że ma przestawic się na jakiś charczący obcy język, ale nie jarzy, na ktory konkretnie. Więc na razie nie bardzo mogę stwierdzić, jak i czy w ogóle zmienia się moja osobowość przy holenderskim, bo za bardzo się spinam na ogół.

Dobra, o językach z mojej strony byłoby tyle, jestem ogromnie ciekawa jakichś Waszych rozkmin i doświadczeń w tym temacie, ale nie tylko osobowości, podzielcie się Waszymi reflexjami lingwistycznymi, piszcie również, co myślicie o wpisie i czy Wam się podobał, w każdym razie zachęcam Was do pisania. Języki (osobowości wszelakie zresztą też, ale mniejsza z tym) to jest po prostu temat rzeka, więc jeśli wpis się będzie jakimś zainteresowaniem cieszył, niewykluczone, że kolejny wpis na temat języków i jakichś innych ich właściwości powstanie.

Tak swoją drogą to obecnie czytam „MCDusię” i nie wiem, robić recenzję? A może nie, bo przecież niedawno „Feblik” był? Sugestie jakieś w tym temacie również mile widziane.

Na koniec wrzucę Wam piosenkę, którą uwielbiam odkąd regularnie słucham „Strefy Rokendrola Wolnej Od Angola” i odkąd znam zespół Nine Treasures.

Jest to rockowy zespół mongolski, słychać u nich też folk. Mnie przede wszystkim urzekł utwór „Azalea”, uważam, że jest po prostu piękny, sama nie wiem, jak go określic, słowo piękny jest nazbyt ogólnikowe. Po prostu wszystko w tym jest genialne: gitara powalająca z nóg, wokal tego faceta rozwala mnie na części, a skrzypce folkowe robią z tego coś niesamowicie harmonijnego i… w ogóle takiego no. A co to znaczy „w ogóle takie no”? To już musicie sobie sami na to pytanie odpowiedzieć, to jest niewyrażalne w żadnym języku ziemskim, no, nie wiem jak z mongolskim. W każdym razie jak sądzę, wyrażenie „w ogóle takie no” dla kazdego oznacza coś innego. Dobra, koniec tych chorych dywagacji. Początkowo przypuszczałam, że zaowocuje to może jakoś muzyczną mongolską fazą, ale jednak nic takiego nie nastąpiło, poczytałam trochę sobie o mongolskiej muzyce, a także o muzyce Nine Treasures. Okazuje się, że utwory mongolskie często traktują o… koniach!!! U Nine Treasures również ich nie brak. I chociaż ja nie mam zielonego pojęcia (ani w żadnym innym kolorze zresztą też) o czym akurat jest „Azalea”, to i tak ten utwór kocham.

Pozdrawiam! :)

Ulotne chwile I chwilki z życia debilki Emilki–czyli walijski rządzi!

Witajcie!

Koniec tego dobrego, dziś będzie długi wpis, więc tych, którzy długich wpisów nie lubią od razu ostrzegam, chociaż sądzę, że jeśli w ogóle tu takowi ludzie byli, to się zniechęcili i nikogo ostrzegać nie muszę. Ostatnio było bardzo spokojniutko i sprawnie, same recenzje i krótkie wpisy, ale dziś to się zmieni.

Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze czas po prostu mija i wypadałoby o pewnych rzeczach napisać, bo troszkę się dzieje i u mnie i w tym, co mnie interesuje i co wobec powyższego jest ważne i istotne dla Drimolandii. Drugi powód jest taki, iż mamy dziś osobliwe święto. W Polsce za bardzo nie ma czego obchodzić, ale w Drimolandii…czemu nie? Święto owo jest świętem narodowym Laponii. Z tej więc okazji stworzyć wpis to chyba niegłupi pomysł.

Najpierw jednak trochę Wam opiszę cóż to się u mnie działo od ostatniego luźniejszego wpisu. Sporo właściwie, choć oczywiście w tak krótkim czasie trudno o jakieś spektakularne zmiany. To jednak, co szczególnie w ostatnich dniach pochłania mój mózg to… Walia. W skrócie mówiąc, bo do tego co w Walii i czemu w ogóle Walia przejdę za chwilę. Zapewne już wszyscy w miarę stali Goście Drimolandii wiedzą, że moją obsesją są języki, a wśród nich walijski, mimo, że znam po walijsku zaledwie może kilkanaście słów oraz mimo iż nie mam z nim wyłącznie pozytywnych skojarzeń, no ale to przecież nie wina walijskiego samego w sobie. Tak czy inaczej walijski budzi we mnie bardzo żywe emocje, zwłaszcza na początku naszej znajomości, kiedy to sporo osób się ze mnie śmiało, że jak dostałam od Mamulki walijskie gadadełko (Gwyneth z Ivony oczywiście), weszłam sobie na jakąś walijską stronę i nic kompletnie nie rozumiejąc czytałam ją przy pomocy Gwyneth, doprowadzając się do stanu, który określiłabym jako extatyczną euforię. Wtedy jeszcze nie rozumiałam ani słowa, chociaż właściwie teraz też rzadko rozumiem, bo czasami np. w BBC ludzie mają taki słowotok, że nic nie zajarzysz absolutnie. Opracowałam sobie parę miesięcy temu innowacyjny, zindywidualizowany sposób na miłe i ciekawe sny. Kładłam się około godziny 22 i włączałam sobie na Plextalku BBC Radio Cymru, czyli walijskojęzyczną stację radiową BBC i ustawiałam sobie sleeptimera na dwie godziny, po pierwsze dlatego, żeby mi całą noc nie gadało, bo mimo, że ja to włączałam bardzo cichutko, żeby móc zasnąć, to jednak cóś gadające całą noc może trochę dezorientować mózg, a poza tym niestety owa rozgłośnia nie działa całodobowo i o północy łączy się z jakąś tam inną BBC albo emitują jakiś komunikacik iż BBC Radio Cymru obecnie nie działa itd. itp. Ale w dzień oni też mają chyba jakąś ograniczoną emisję, dobra, nieważne. :D Ostatnio ten osobliwy problem mi się rozwiązał, bo znalazłam fantastyczną jak na moje potrzeby aplikację BBC Iplayer Radio, z której możesz sobie ściągać audycje z każdego programu BBC z mijającego tygodnia jako plik audio. To mi odpowiada dużo bardziej, bo jednak niewiele jest takich dni, w które chciałoby mi się już o dziesiątej wybierać się do krainy snu. Zresztą to wcale nie musi być BBC Cymru, po prostu jakaś walijska nawijka, a ja śpię jak dzidziuś, mój mózg jest wprost bombardowany endorfinami na sam dźwięk walijskiego, chociaż jest dla niego niemal zupełnie niezrozumiały i różne rzeczy się wtedy dzieją w moich snach. W ogóle BBC wyświadcza mi nieocenione usługi nocą, od BBC Radio Scotland poczynając, bo dzięki nim mój akcent anglijski jest obecnie taki, jaki jest. Ostatnio śniło mi się, że czytałam w jakimś wielkim lesie Mabinogion po walijsku. Miałam po prostu ogromnych rozmiarów knigę w brajlu, siedziałam z nią na kolanach, czytałam ją i czułam się genialnie. Wtem podeszła do mnie moja babcia, której przenigdy nie podejrzewałabym o znajomość walijskiego i tonem jednocześnie zatroskanym, jakby wątpiła w to, czy to, co mówi w ogóle ma sens, bo do mnie to i tak nie dotrze, trochę zirytowanym, zdziwionym i zgorszonym powiedziała: „Zostaw to, tu są same przekleństwa!”. Hahahaha, w Mabinogionie przekleństwa.

Od czasu tego snu próbowałam podjąć kolejną próbę poradzenia sobie jakoś z Colloquial Welsh, gdzie niemal wszystkie ćwiczenia są w formie tabelek, co po prostu cholerrrnie utrudnia mi współpracę z ową książką na Braille-Sense’ie, choć jednocześnie cała moja walijska wiedza opiera się na tym podręczniku i na tym, co wyłuskałam i wytrenowałam spomiędzy tych kolumn. Niestety, nic z tego jak zwykle nie wychodziło i jak zwykle zaczęłam żałować, że gdzieś np. w Gdańsku nie ma filologii celtyckiej, no bo sorry, drugi raz gdzieś na drugi koniec Polski, tym razem do Poznania, wyjeżdżać mi się nie chce, nawet dla walijskiego. A potem bardzo zacny któś podrzucił mi pomysł, którego do tej pory jeszcze nigdy nie rozważałam i nie brałam na poważnie. Pod wpływem owego zacnego któsia zaczęłam szukać na KUL-u i UAM-ie, czy czasem nie ma jakiejś możliwości studiowania filologii celtyckiej u nich w trybie online. Interesował mnie zwłaszcza UAM, bo chociaż ja bardzo chętnie poznałabym wszystkie języki gaelickie (może tylko na bretońskim jakoś szczególnie mi nie zależy), to jednak najważniejszy jest dla mnie z tej grupy walijski, którego o ile wiem na KUL-u nie ma, a na UAM-ie jest. Problem mi odpadł, bo jak przypuszczałam takiej możliwości tam nie ma. Zaczęłam jednak szukać najpierw na wirtualnych uniwersytetach w Polsce, gdzie również bardzo wątpiłam w powodzenie, a potem w UK. No i cóż?… szukajcie, a znajdziecie. Studia celtyckie, University of Wales Saint David. Co prawda na razie niczego absolutnie to nie oznacza, samo znalezienie takowej uczelni nie jest nawet połową sukcesu, a sukces jest w tej kwestii rzeczą zależącą od mnóstwa czynników, ale zawsze szansa jest, skoro w ogóle coś takiego istnieje.

Gdy czytałam opis tego kierunku, czułam, że jest to cóś absolutnie idealnego dla mnie: omawia się tam MABINOGION!!!, jest sporo o celtyckiej hagiografii, a przecież hagiografia też jest jednym z moich zainteresowań, a o świętych celtyckich na razie nie wiem wiele, poza tym są tam legendy arturiańskie, mitologia celtycka, w ogóle multum fajnych rzeczy, zresztą sama babka, która zajmuje się tym kierunkiem w szczególności interesuje się hagiografią walijską, a zwłaszcza świętymi kobietami z obszaru kultury celtyckiej. Fajnie się zapowiada. Mój mózg ucieszył się najbardziej jednak dopiero na wieść, iż jeśli któś chce, może się tam uczyć walijskiego. Przez bardzo długi czas nie mogłam uwierzyć, że coś takiego naprawdę może istnieć i to jeszcze online, w dodatku uczy się u nich w ten sposób na tym kierunku trochę ludzi z całkiem odległych zakątków naszego pięknego globu, więc to też nie jest problem. Szczerze mówiąc początkowo myślałam, że albo to ja mam jakieś urojenia, albo któś sobie ze mnie robi jaja, no bo to wyglądało tak, jakby któś to specjalnie pode mnie podpasował. :D Serio! Postanowiłam niezwłocznie napisać do babki, która się owym kierunkiem zajmuje. Strasznie się bałam samej tej czynności, ostatecznie nie pisałam zbyt wiele takich formalnych maili po ingliszu. Bałam się też tego, co mi odpisze i że to nie wypali z jakiegoś banalnego powodu. Poza tym zastanawiałam się, cóż ja będę po tym kierunku robić w Polsce, ale póki co żyję po prostu nadzieją, że jeśli zrobię też skandynawistykę, to nie będzie najgorzej, a poza tym mam przecież pracę w bardzo bliskiej perspektywie, która zapowiada się bardzo ciekawie, bo siedem stów miesięcznie to naprawdę sporo jeśli bym sobie oszczędzała załóżmy przez całe liceum.

Trzęsłam się po prostu jak pisałam do tej babki, po polsku bym nie wiedziała co napisać, a co dopiero po ingliszu! W rezultacie biedziłam się nad tym nieszczęsnym -mailem bite trzy godziny, długi jest jak… nie wiem czy mi samej kiedykolwiek zdarzyło się czytać dłuższego maila, ale musiałam jej chyba przecież klarownie i dogłębnie przedstawić sytuację, no to jak inaczej? Nie wiedziałam, czy mam pisać bardzo formalnie, bo w końcu babka byle kim nie jest, książki pisze i w ogóle, a z drugiej strony jak napiszę jej takiego długiego, a w dodatku napuszonego e-maila to może wyglądać bardzo osobliwie i niezbyt zachęcająco. Czegokolwiek nie napisałam, czułam, że będzie źle, a gdybym zmieniła, to pewnie wtedy by się okazało, że jednak tamto byłoby lepsze. W końcu wyszedł e-mail niby formalny, ale jednak nie udało mi się na piśmie poskromić mojego entuzjazmu więc wyszło, jak wyszło. Miałam i mam tylko nadzieję, że ponieważ babka jest Walijką i interesuje się takimi gitowymi rzeczami, okaże się równie gitowa i nie będzie miała obiekcji do mojego e-maila, a przede wszystkim, że mi po prostu odpisze. Poza tym nie wiem, czy za dużo się naczytałam książek z akcją Walii, czy za dużo się zastanawiam, kto jaki jest, czy też może moje przypuszczenia opierają się na czymś solidniejszym, ale wydaje mi się, że któś, kto się nazywa tak, jak ona, musi być gitową osobistością. Miałam do niej mnóstwo pytań: czy w ogóle z moim poziomem inglisza ja mogę tam do nich startować, bo mój inglisz nie jest tragiczny tak ogólnie, ale jednak perfekcyjny też nie jest, mimo mojej długiej nauki, bo niestety w polskich szkołach niewiele konstruktywnych rzeczy się robi w kwestii naprawdę efektywnego nauczenia ludzi języka i prawda jest taka, że najwięcej zrobiłam ja sama w ciągu ostatnich mniej więcej pięciu lat, przy wydatnej pomocy różnych ludzi nie mających nic wspólnego z oświatą. Nie wiem jednak, czy taki inglisz starczy mi i im do wyzej wymienionego celu. Poza tym czy to ich wirtualne środowisko uczenia czy jak to tam się zwie jest w ogóle dostępne dla screenreaderów, bo jak nie to katastrofa. Mój inglisz w do matury może się jeszcze poprawić, ale dostępność tego środowiska pewnie nie bardzo. No i w ogóle pytałam ją również o to, czy sam fakt mojej „niewidomości” nie jest jakąś wielką przeszkodą dla nich, no bo dla mnie jak mają dostępne środowisko to nie. Zastanawiało i zastanawia mnie też bardzo kwestia rekrutacji, jak tam trzeba zdawać IB, to ja leżę, w życiu nie będę miała takich możliwości w wieczorówce, a nawet jeśli tak, to ja w zyciu nie zdam IB. Ogromnie ciekawiła mnie również kwestia, na jakim poziomie będzie mój walijski po tych studiach i czy będę mogła tłumaczyć pisemnie z walijskiego na polski, czy tylko poprawnie komunikować się z ludźmi w codziennych sytuacjach.

Ogromnie mi ulżyło (na chwilę) po napisaniu tego e-maila, ale cały czas myślę o tej Walii, nie daje mi to spokoju, oczywiście zgodnie z moimi zasadami staram się jak mogę nie nastawiać, zeby się nie przejechać, a nawet nastawić się na najgorsze, żeby się potem w razie pozytywnych wieści jeszcze bardziej cieszyć. Naprawdę opłaca się być Kasandrą ;) Tymbardziej, że na ogól, jak nastawię się na to, że będzie jak najlepiej, jest jak najgorzej, ale o tym już pisałam w „Magicznej mocy pesymizmu”. :) Pamiętam tylko dwie sytuacje w ktorych ja nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś wypali i rzeczywiście wypaliło. Pierwsza była to sytuacja gdy przestała mi na dłuuugi czas działać aplikacja Infovoxa, a akurat firma Acapela Group stworzyła lapońskie głosy, które mogły mi pomóc w poznawaniu chociaż podstaw języka sami, a ściągnąć je mogłam tylko dzięki tej aplikacji. Moja Mamulka była wściekła, że coś, co kupiła, nagle i bez przyczyny przestało działać na długie miesiące, aż w końcu ja odpaliłam kompa i ośmieliłam się mieć nadzieję, że Infovox ruszy, no i ruszył. Druga taka sytuacja dotyczyła wygranej PISu. :) 1)

Więc ja wciąż czekam na odpowiedź owej babki i doczekać się nie mogę, próbując się nie nastawiać. Przed chwilą moja Mamulka uraczyła mnie hiobową wieścią, ale zacznijmy od początku: Mamulka i ja, i Zofijka też, chcemy bardzo mieć kota, a najlepiej rosyjskiego niebieskiego, zwłaszcza ostatnio, gdy dowiedziałyśmy się o istnieniu tej rasy i tym, jakie te koty są milutkie i fajne. Przymierzałyśmy się do kupna kotka z hodowli, który niedawno się urodził, ale okazało się, że właśnie ten kot – TYLKO ten jedyny kot z CAŁEGO miotu – jest na cóś chory. :'( I teraz nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będziemy mieć kota, a jeśli tak, to pewnie nie rosyjskiego. :( A skoro już zaczęłam o kotach, to dodam, iz w moim pokoju obecnie znajduje się wstrętna mysza i nie chce się wyprowadzić. Sama jej obecność szczególnie mnie nie przeraża ani nie irytuje, gorzej, jeśli ona uaktywnia się w nocy zanim zasnę, wtedy mam przerąbane, a najgorsze jest to, że może mi przegryźć kabel, a kabli mam ci ja tu dostatek wielki.

Przedwczoraj byłam z Mamulką i z Zofijką w teatrze na „Dziadku DO orzechów” i to wydarzenie jest ze wszech miar warte uwagi! Zawsze bardzo lubiłam „Dziadka Do Orzechów”, bo jest tam dużo figurek i bibelotów, a figurki i bibeloty też zawsze lubiłam, więc stwierdziłam, że miło będzie zobaczyć „Dziadka…” w teatrze, zwłaszcza, że bardzo lubię słuchowisko na podstawie tej książki. No a do tego jeszcze z Zofijką! ::) Bardzo fajnie! Niestety srodze i mocno się na tym „Dziadku…” przejechałam. Do dziś jak o tym myślę, chce mi się śmiać, choć akurat wtedy byłam głównie wściekła. Zaczęło się bardzo ciekawie, bo w ogóle sprzedali ludziom dwa takie same bilety i któś nie miał gdzie usiąść, więc „Dziadek…” się opóźnił jakieś pięć minut, ale mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało. W końcu zaczęło się przedstawienie, mija pińć minut i dopiero wtedy po harfie, która jest w balecie „Dziadek do orzechów” zorientowałam się, że to… balet! Ale jak to? Czemu oni tego nie napisali? Czemu Mamula mi nie powiedziała? No i przede wszystkim: co ja mam tu robić. Rzadko kiedy zdarza mi się nudzić, a już nigdy jeśli ja sama organizuję sobie czas i moze wlaśnie dlatego tak bardzo tego nienawidzę. Ehhhh cóż. :D Moja Mamulka też podobno się nudziła, bo było to dość prymitywne i bardzo pod dzieci. Zofijka natomiast tak jak ja nic nie jarzyła, tyle, że z innego powodu, bo po prostu nie zna tej bajki, Mamulka zresztą też. Do wczoraj sądziła, że „Dziadek do orzechów” jest Andersena, ja ją wczoraj dopiero uprzejmie oświeciłam. :D Napisałam o tym mojemu koledze, który bardzo się ubawił i stwierdził, że jeszcze powinnam zaliczyć kino nieme i galerię sztuki i będę expertem w dziedzinie sztuk wizualnych. :D

Mówiłam, że dziś święto Laponii, dlatego też na koniec wrzucam Wam cóś lapońskiego, o bardzo lapońskim charakterze, o Laponii, wykonywanego przez Laponkę, ale po angielsku. Dlatego akurat to, że akurat dziś ukazała się ta piosenka, więc pomyślałam, że szkoda by było w tym dniu z tej okazji we wpisie jej nie zamieścić i nie wykorzystać tego wydarzenia na rzecz owego wpisu.

Singiel ów bardzo mi się spodobał, ale dziwne by było, gdyby było inaczej, bo przecież to moja ukochana Sofia Jannok, która przecież tak na serio wcale nie jest Sofią, ale to akurat jest mało ważne. W każdym razie ona to zrobiła. Sofia Jannok mieszka w Szwecji, śpiewa po lapońsku, angielsku, ale i po szwedzku, udziela się w radiu i telewizji, jest też zaangażowana politycznie, walczy przeciwko rasizmowi, nazizmowi i faszyzmowi, o ile wiem i o ile dobrze dedukuję jej poglądy są raczej lewicowe, ale i tak ją lubię. Singiel nazywa się „This Is My Land”. Nie rzucę Wam linkiem do Youtube’a, bo na Youtube’ie tego po prostu (jeszcze?) nie ma, tylko do Dropboxa. Sofia Jannok – This Is My land

Małgorzata Musierowicz–“Feblik”. Recenzja książki.

Witajcie!

Po wielu próbach I dużo później niż zamierzałam, wysyłam Wam recenzję książki Małgorzaty Musierowicz zatytułowanej „Feblik”. Feblik – inaczej słabość, skłonność do kogoś lub czegoś. A skoro Małgorzata Musierowicz, to i Jeżycjada. Tak, bo „Feblik” jest właśnie kolejnym tomem owego cudownego cyklu, którego większość książek ja już czytałam po kilka razy. Wyjątkiem jest „Sprężyna”, którą raz czytała mi Mamusia, a potem jakoś nie odczuwałam większej potrzeby jak na razie, żeby do niej wracać, „Brulion Bebe B.”, którego również nie czytałam sama, oraz „MCDusia” i „Wnuczka Do Orzechów”. Te książki dopiero zamierzam w niedalekiej przyszłości przeczytać, bo wcześniej nie miałam okazji. Właściwie to chciałam się za nie zabrać w jakiejś przyzwoitej kolejności, jak tylko miałam tą możliwość, czyli zacząć od „MCDusi” a skończyć na „Febliku”, ale (oto przykład, jak wciągająca jest Jeżycjada), chciałam tylko na chwilkę zajrzeć, cóż jest głó1)wnym tematem, a raczej kto jest głównym bohaterem w „Febliku”, ale… przepadłam. Jak tylko otworzyłam tą książkę, przez godzinę nie mogłam się od niej oderwać, potem już musiałam, ale byłam na tyle daleko, że stwierdziłam, że nie ma sensu tego tak przerywać, bo i tak już mi niewiele do końca zostało.

Obecnie Jeżycjada jest troszkę inna niż jakiś czas temu, niektórych to zraża, ale dla mnie to jest normalne, świadczy o naturalności owej sagi i o tym, że i na Roosevelta 5 czas leci, dzieci rosną, a rodzice się starzeją, choć jakby w mniej szokujący sposób niż to ma miejsce niejednokrotnie w realu. Mimo zmian, jest to jednak wciąż ta sama Jeżycjada, wciąż Ci sami bohaterowie, wśród których czujesz, że jesteś częścią tej rodziny, względnie kimś z nich. Poza tym, mi przy książkach Musierowicz zawsze, nie ważne, który raz je czytam, chce się jeść, takie pyszne rzeczy oni zawsze jedzą, a druga kwestia, że nieważne, który raz bym czytała którąkolwiek część Jeżycjady, ze śmisznych epizodów zawsze chce mi się śmiać. Pod tym względem „Feblik” wcale nie różni się od innych części, strrraszliwie chciało mi się jeść (na szczęście Mamulka miała pierogi z kapustą i grzybami, chociaż o nich nie było mowy w książce, bo był akurat sierpień) i śmisznie też bywało, więc nie jestem skłonna zgodzić się z wieloma czytelnikami ostatnich części Jeżycjady, że to już jest zupełnie coś innego. To musi być coś innego, bo nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, ale wcale jakichś wielkich różnic nie ma.

Miło było znów spotkać się z tą cudowną rodzinką, której nie da się nie lubić, a moja rozłąka z nimi trwała dość dlugo. Ze smutkiem patrzyłam na starzejącą się Milę Borejko, wciąż oczywiście tryskającą zdrowiem, błyskotliwą i jak zawsze bacznie obserwującą domowników, ale nawet bardziej nieobecną duchem niż zwykle, chyba, że mi się wydawało. Jako, że Mila jest moją ulubioną bohaterką, w każdym razie jedną z ulubionych, mam nadzieję, że dożyje setki, ale mimo, iż czuję się z nią bardzo związana, wolałabym już przeżyć jej śmierć niż żeby Jeżycjada przestała się rozwijać dlatego, że już dla niektórych czas umierać, a wiem, że niektórzy tak by woleli. No ale jak będzie to się okaże, bo nie nam o tym decydować. Z miłym zaskoczeniem obserwowałam Ignacego Grzegorza Strybę (syna Gabrieli i Grzegorza), którego podobnie jak Józinek… to znaczy Józef, bo on już nie jest Józinkiem, chociaż ja się do tego i tak nigdy nie przyzwyczaję :D skłonna byłam uważać za miągwę i raczej średnio lubiłam. Obecnie czuję do niego dużo większą sympatię niż niegdyś, chociaż i tak wolę Józefa. Dlaczego? trudno stwierdzić, chyba po prostu w realu też bym kogoś takiego bardziej polubiła, niż kogoś takiego jak Ignaś, który zresztą jest w tej książce głównym bohaterem, razem ze swoją koleżanką, czy też raczej dziewczyną – Agnieszką.

Dziwnie poczułam się na wieść o tym, że Laura jest w ciąży, chociaż raczej ten przekaz trudno nazwać wieścią. Mężatka? OK, pasuje mi, ale nie pasuje mi w ogóle na matkę. Bardzo lubię Laurę, chyba nawet bardziej niż Milę, a może nawet najbardziej z całej Jeżycjady, chociaż wiele osób może się w tym momencie zdziwić, w każdym razie na matkę mi ona nie pasuje. Oby nie utraciła swojej tygrysiej ostrości, bo będzie źle.

Bardzo miłym zaskoczeniem była dla mnie wybranka Ignacego, wyżej już wspomniana Agnieszka, która świetnie wpasowuje się w klimat rodziny Borejków i w ogóle jest bardzo fajną i myślącą dziewczyną, a oni do siebie pasują wprost genialnie.

A już jak z książek Gabrieli wybrała „Krystynę, Córkę Lavransa” polubiłam ją jeszcze kilka razy bardziej. Nie będę się rozpisywać nad samą fabułą, zresztą troszkę już i tak napisałam, w każdym razie chodzi tu o to, że Ignaś jedzie do swojej właściwie już byłej dziewczyny do Wrocławia, a w autobusie spotyka dawną koleżankę z gimnazjum – Agnieszkę, no a potem wszystko się toczy, jak musi, oczywiście bardzo ciekawie, książkę czyta się po prostu jednym tchem, ale o tym to chyba zapewniać nie muszę, a na końcu żałuje się, że to takie krótkie było, ale to też standard jeśli chodzi o Musierowicz.

Komu mogłabym ją polecić?

Książki Musierowicz czytają wszyscy, o czym łatwo się przekonać, wbrew pozorom nie tylko nastolatki, a nawet nie tylko kobiety: każdy, w każdym wieku znajdzie w Jeżycjadzie coś dla siebie. Są to książki, których trudno jest nie lubić, ja znam tylko jedną osobę, która nie lubi Jeżycjady. Są to po prostu książki emanujące ciepłem i optymizmem, ale nie takim, jakiego ja nie lubię, takim pustym i za wszelką cenę, tylko takim mądrym optymizmem. Są to książki takie same jak ich autorka (z którą nawiasem mówiąc kiedyś miałam szansę się spotkać i której dom jest pod wieloma względami bardzo podobny do domu mojej babci :)). Dlatego zarówno „Feblik” jak i Jeżycjadę w całości (jeśli istnieje w Polsce człowiek, który jej nie czytał i nie było to ze świadomego wyboru) mogę polecić absolutnie wszystkim, w pierwszej kolejności jednak tym, którzy lubią Jeżycjadę, a jeszcze owej książki nie czytali. To naprawdę piękna książka.

Oczywiście tradycyjnie zachęcam, piszcie, czy Was moja recenzja zachęciła, czy niekoniecznie, chętnie też poczytam Wasze opinie na temat Jeżycjady, jak i „Feblika”, jeśli już ową książkę ktoś czytał. :)

Na koniec jak zwykle cóś muzycznego, dokładnie tydzień temu minęły 52 urodziny Jacka Vreeswijka (którego nikomu z moich Czytelników przedstawiać nie muszę, bo ci, którzy odwiedzali mojego Klangobloga lub Drimolandię już jakiś czas wcześniej, wiedzą już o nim sporo, jak i o jego genialnym tatusiu, a ci, którzy jeszcze o tym człowieku nie słyszeli mogą sobie przeczytać moje poprzednie wpiski i się dowiedzą, jak im zależy :)). Od Jacka Vreeswijka to ja Wam już sporo pokazywałam, no ale cóś z okazji jego urodzin, czego jeszcze tutaj nie było, zawsze się znajdzie.

Pozdrawiam gorąco i życzę miłej lektury (zarówno tego wpisu jak i „Feblika”), oraz miłego słuchania Jacka. :) Aha, dodam, że ową piosenkę sam napisał, co nie jest takie oczywiste, bo sporo czerpie z twórczości swojego tatusia.

Jack Vreeswijk–Gull Är Död.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska–“Na Plebanii W Haworth”. Recenzja książki.

Witajcie!

Czas by był na jakąś recenzję, jako, że ostatnimi czasy mam szczęście do bardzo fajnych książek. Siedzę sobie sama w domu, a w takiej sytuacji wpisy pisze się najlepiej. Jak wywnioskować można z tytułu wpisu, książką, która tak bardzo mnie poruszyła, że aż postanowiłam napisać recenzję, jest „Na plebanii w Haworth”, Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. No fajnie, ale o czym to traktuje?

Książka owa jest biografią słynnego rodzeństwa Bronte, nie tylko trzech sióstr. Z tego, co wiem, wielu ludzi sądzi, że na owej plebanii mieszkały jedynie trzy siostry, no ewentualnie jeszcze ich brat, ale w rzeczywistości było ich sześcioro: Mary, Elizabeth, Charlotte, Branwell, Emily i Anne. Z tym, że Mary i Elizabeth zmarły w dzieciństwie na gróźlicę, a Branwell nie wsławił się niczym aż tak, jak jego trzy siostry. Od dawna miałam już zamiar przeczytać tą książkę, a jak nie tą, to jakąś inną na ich temat, jako, że od baardzo dawna fascynują mnie książki Charlotte i Emily, niestety Anne jeszcze nie czytałam, ponieważ nie mogłam nigdzie znaleźć w sieci jej powieści po polsku, a chociaż widziałam „The Tennant Of WIldfelt Hall”, to jednak wtedy się przeraziłam i stwierdziłam, że nie dam rady przeczytać tego w oryginale, obecnie sądzę, że w najbliższej przyszłości będę musiała przeczytać ową książkę, a w oryginale właściwie nawet lepiej.

Odkąd w książce pojawia się rodzeństwo Bronte, stwierdziłam, że nawet, gdybym wcześniej nic o nich nie słyszała, nie czytała „Dziwnych Losów Jane Eyre”, „Vilette” i „Wichrowych Wzgórz” po pięć razy, polubiłabym ich za same osobowości. Autorka ukazuje ich jako dzieci z bardzo bujną wyobraźnią, która to wyobraźnia dostarcza im na co dzień rozrywki w ich raczej biednym i monotonnym życiu i otoczeniu, które mają swoje krainy: Angrię (głównie domena Charlotte i Branwella) oraz Gondal (Anne i Emily). Wszyscy oni dużo czytają i dużo piszą, wyrastają w tym, chociaż w czasach, w których żyli, mało kto z ich pozycją materialną czy nawet społeczną umiał czytać i pisać. Sama nie wiem, kogo z nich lubię najbardziej, jedyną osobą, o której nie mogę powiedzieć nic konkretnego jest Elizabeth, o której nie ma prawie żadnych wiadomości co do tego, jaka była. O Mary niby też nie ma, ale Charlotte uwieczniła ją w postaci Helenki Burns z „…Jane Eyre”, co sprawia, ze z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że ją lubię i że pomimo młodego wieku była niezwykła. Najbardziej wyrazistą, bo najwięcej o niej wiadomo z jej zapisków, najbardziej kreatywną, najdłużej żyjącą i najwięcej piszącą z nich była Charlotte, postać z pewnością nietuzinkowa, dość impulsywna i z wyobraźnią rozbudzoną do tego stopnia, że świat angriański jawił jej się bezpośrednio przed oczami, jakby byłajakimś medium. Niektórzy są zwolennikami tak rewolucyjnych teorii,że to Charlotte napisała książki przypisywane jej siostrom, ażeby zapewnić im dostatnie życie, ale dla mnie jest to niewiarygodne, bo styl Emily jednak dość mocno różni się od stylu Charlotte. Właśnie. A propos stylu, to styl każdej z sióstr, a nawet styl Branwella, jest wyjątkowy, niepowtarzalny i mi osobiście strasznie się podoba.

Jeśli chodzi o Branwella, to najbardziej jest on znany jako malarz, konkretniej jako autor portretu swoich sióstr. Żałuję, że niczego nie wydał, dlatego, że jego styl, chociaż ciężkawy, bardzo rozwlekły i trochę patetyczny, zwłaszcza w dzieciństwie, strasznie mi się spodobał, więc, nawet, gdyby jego jedyna powieść była megalomaniakalną autobiografią, czego można się spodziewać, bo miał skłonności do megalomanii, ja bym ją na pewno przeczytała.

Emily lubię za jej stalowy charakter, również ciekawy styl, zwłaszcza w dzieciństwie (ehhh, dlaczego jej taki sam nie został?). Poza tym jest po prostu bardzo intrygującą postacią.

Anne lubię za jej delikatność, subtelność i po prostu za to, jaka jest. Podoba mi się w niej absolutnie wszystko.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska opisała ich w bardzo przekonujący i ciekawy sposób, tak, że mimo, iż nie jest to powieść, rodzeństwo Bronte po prostu żyje w tej książce i to bardzo wyraźnie widać. No i nie wiem, jak autorka owej książki to zrobiła, że styl każdego z nich udało jej się tak dobrze przenieść na polski, w każdym razie według mnie to jej naprawdę dobrze wyszło. Myślę, że po lekturze tej książki będę musiała przeczytać nie tylko Anne, ale również powtórzyć sobie książki jej sióstr, skoro wiem już o nich coś więcej. Oczywiście cóś tam wiedziałam o nich już dawno, ale były to tylko suche fakty.

Przyczepiłabym się tylko do jednej rzeczy, chociaż nie wiem, czy powinnam się czepiać w ogóle, bo sama bym tej książki nie napisała ani w połowie tak dobrze, gdybym próbowała, ale jednak będę okropna i się przyczepię. Przeszkadzało mi w owej książce spolszczanie (bezcelowe według mnie) imion zarówno rodzeństwaBronte,jak i innych osób. Rozumiem takie zabiegi, gdyby książka powstawała jakieś pięćdziesiąt czy nawet więcej lat wcześniej, bo ludzie polscy niezbyt znali angielski i nie wiedzieliby jak to czytać, a w odbiorze książki to jednak problem, no ale ona powstała później i mówi o ludziach, których imion generalnie raczej się nie spolszcza, przynajmniej ja nie widziałam. Wiem, że to mało istotny szczegół, ale jednak irytujący, bo gdy Anne staje się Anną, czy Emily Emilią, dla mnie staje się w pewnym sensie nieco innym człowiekiem, no, ale to może tylko moje wykrzywione postrzeganie rzeczywistości. Przeżyłabym te spolszczenia i nie jęczała, gdyby nie to, że widać w nich niekonsekwencję. No bo skoro EMily jest Emilią, Charlotte Charlottą (nawiasem mówiąc, dobrze, że nie Karoliną :P), to dlaczego na przykład ich dziadek nazywany jest Hugh, a nie Hugonem,zwłaszcza, że jego żona jest Alicją? Zresztą, o ile dobrze kojarzę, pastor Bronte jest również Patrickiem, a nie Patrykiem,no to w końcu jak? No ale jak napisałam, jest to niewielki szczegół, który nie zmienia faktu, iż książka jest genialna.

Komu mogłabym ją polecić? Myślę, że w szczególności tym, którzy czytali, a przede wszystkim lubią książki sióstr Bronte. Poza tym również tym, którzy ogólnie interesują się literaturą, albo też tylko literaturą angielską, albo jeszcze węziej – powieściami wiktoriańskimi. No i wszystkim tym, których zaciekawiła moja recenzja.

W najbliższym czasie pojawi się recenzja kolejnej książki – tym razem Małgorzaty Musierowicz – „Feblik”, jako, że jest to nowa część Jeżycjady, którą również skończyłam czytać przed kilkoma dniami.

Jeszcze raz gorąco Wam polecam „Na plebanii w Haworth”. Długo się zastanawiałam, co Wam muzycznego rzucić na koniec tego wpisu. Niby sprawa jest prosta, baardzo lubię Kate Bush, a wpis o siostrach Bronte, to powinny być na koniec „Wuthering Heights” od Kate Bush (piosenka napisana przez Kate dzięki inspiracji „Wichrowymi Wzgórzami” Emily Bronte), no ale ta piosenka doczekała się sukcesu komercyjnego, więc pewnie wszyscy ją znają. A niepisane założenia mojego bloga są raczej takie, jeśli chodzi o muzykę, żeby tu było prędzej to, czego wszyscy nie znają, niż to, co wszyscy znają. Dlatego postanowiłam wrzucić Wam – owszem, „Wuthering Heights” – ale w wersji Hayley Westenra, a że jednak chciałabym pokazać Wam cóś fajnego od Kate Bush, to dziś będzie też drugi link, do mojej ulubionej piosenki Kate, czy raczej jednej z najbardziej ulubionych „Army Dreamers”.

Zachęcam do komentowania wpisu, chętnie poczytam Wasze wrażenia, jeśli ktoś z Was czytał jakąś książkę którejś z sióstr Bronte, albo może tą lub inną ich biografię, czy Was moja recenzja zachęciła, czy też może wręcz przeciwnie i co myślicie o „Wuthering Heights” i „Army Dreamers”.

Pozdrawiam.

Hayley Westenra–Wuthering Heights.
Kate bush–Army Dreamers.

Po egzaminach! Aale ulga!!!

Witajcie!

Tak, dokładnie tak, jak głosi tytuł wpisu, odczuwam ogromną ulgę ponieważ w czwartek zdałam ostatnie egzaminy semestralne i na pół roku mam spokój! Jako, że jestem w liceum zaocznym, o czym już zresztą w Drimolandii pisałam, co semestr mamy egzaminy ustne z każdego przedmiotu, a z polisza, inglisza i matmy jeszcze pisemne. Poszły mi owe egzaminy całkiem nieźle, a w każdym razie ja jestem zadowolona. Z inglisza mam szóstkę! I to jest przedmiot, na którym najbardziej mi zależało i zależeć będzie w przyszłości, więc jestem bardzo z tego faktu szczęśliwa. Nie mówiłam na ustnym egzaminie ze szkockim akcentem, :D chociaż zamierzałam, bo to mnie odstresowuje, ale i tak się nie stresowałam, bo wiedziałam, że będzie gites, a wręcz, że pójdzie mi najlepiej i tak też się stało. Dlatego ograniczyłam się do brytyjsko-polskiego akcentu, żeby nie było, że wydziwiam. Jeszcze bardziej się cieszyłam, jak inna nauczycielka mi powiedziała, że słyszała od naszej babki od inglisza, że ja nawijam tak, jakbym się w Anglii urodziła i chociaż ja tak nie uważam, to jednak cieszę się ogromnie, iż się rozwijam i że to widać. Z resztą przedmiotów było przeciętnie, niemniej fajnie, wart uwagi jest również mój matematyczny sukces, sądzę, że gdyby Mamulka nie załatwiła mi korków z matmy, byłoby Tragicznie, a tak jest na trójki, więc po tym egzaminie byłam w euforii. Cóż u mnie poza tym? Właściwie nic szczególnego i wartego szczególnej uwagi się nie dzieje, może poza tym, że od weekendu piszę nowe opowiadanie, na które inspirację mam już od zeszłej zimy, ale dopiero mi jakiś większy i szerszy koncept w mózgu powstał, z tym, że i tak nie wiadomo cóż to z tego będzie i czy będzie w ogóle. Jeśli cóś z tego będzie to na pewno tutaj się pojawi. Poza tym czytam multum książek, słucham multum muzy, ale nie będę Wam tego wszystkiego recenzować ani pokazywać, na razie nic aż tak dogłębnie mnie nie ruszyło jak „Olaf, Syn Auduna”. A co do moich muzycznych fascynacji, to tak sobie ostatnio pomyślałam, czy nie lepiej by było, gdybym zamiast archiwów, wrzucała Wam jakieś mniejsze linki, ale częściej, no nawet po każdym wpisie i niekoniecznie do Dropboxa, tylko też np. do Youtube’a jak ostatnio. Ja ten projekt po prostu wdrożę w życie, a Wy stwierdzicie, co o nim myślicie i zobaczymy jak to dalej pójdzie. Książką, którą czytam obecnie jest „Wilczyca Z Francji” Druona, postanowiłam na jakiś czas zostawić wikingów i Skandynawię. I to by było w tym wpisie tyle, na koniec jak napisałam wrzucę Wam jeszcze jakiegoś linka.

Myślę, że skoro właściwie wciąż mamy jakby nie było okres świąteczny, to wrzucę Wam moją ulubioną świąteczną piosenkę, mianowicie „Christmas Secrets” od Enyi. Śmisznym zjawiskiem jest to, że ja słucham „Christmas Secrets” właściwie tylko w okresie świątecznym, jedyna wyjątkowa sytuacja była, gdy zapuściłam to sobie w Wielkanoc :D Wzięło się to stąd, że kiedyś tam, dawno temu, moja Mamulka powiedziała Olkowi, że nie słucha się kolęd ani świątecznych piosenek w innym czasie, niż święta i okres świąteczny. Ja to wzięłam bardzo serio i później jak poznałam Enyę, żałowałam trochę, że czegoś tak pięknego jak „Christmas Secrets” można słuchać tylko przez miesiąc z kawałkiem. I chociaż już od kilku lat wiem, że to nie jest tak, że absolutnie nie można słuchac „Christmas Secrets” przed świętami, to postanowiłam to kultywować w ramach tradycji, żeby się za tym stęsknić i potem z tym większą przyjemnością móc do tego wrócić. Ooo, jaki krótki wpis wyszedł! :D :D Poniżej link.

Enya–Christmas Secrets

Mój sen o końcu świata.

Witajcie!

Zaczął się już nowy rok, mam nadzieję, że dla nas wszystkich będzie tak miły i fajny, jak to tylko możliwe, a tymczasem czas by sklecić nowy wpis. Temat do wpisu zrobił się sam. Sam sobie do mnie przyszedł, wśliznął mi się do mózgu i pozostał. Postanowiłam Wam opisać, co też ostatnio mi się śniło. Wprawdzie wiele osób twierdzi, że snów nie da się opowiadać, ja jednak już parokrotnie na Klangoblogu podjęłam spontanicznie to ryzyko i jakoś nikt mi się nie uskarżał na niezrozumiałość. Osobiście uważam moje sny za bardzo ciekawe, nawet jeśli są straszne i drastyczne, tak jak ten, który chcę Wam dziś opowiedzieć. Są bardzo często przerażająco realistyczne, a z drugiej strony dziwacznie wręcz niedorzeczne, jak to sny. Pełne szczegółów i nieco zamotane, czasem trudno mi odszyfrować, dlaczego w tym czy innym śnie występowały takie a nie inne miejsca, osoby itd. Ażeby moje sny były dla Was klarowniejsze, zawsze starałam się upraszczać dialogi i trochę zmieniać elastyczne elementy treści, tak, aby mi samej było łatwiej te dziwaczności opisywać. Tyle tytułem wstępu.

A cóż to takiego mi się śniło? A no mianowicie… koniec świata! Tego jeszcze nie było. Sen był przerażający, jak się obudziłam, to przez dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć, że to był tylko sen, ale spodobał mi się, bo dawno już coś aż tak ciekawego mi się nie śniło. Zaczęło się od tego, że pojechałam na jakiś biwak, biwak w stylu mocno odnowowooazowym, na takie cóś w realu przenigdy bym nie pojechała z własnej woli, nie lubię takich rzeczy. We śnie jednak zdawało mi się to nie przeszkadzać. Samego biwaku raczej nie pamiętam, kojarzę jeden moment bardzo wyraźnie i on jest najistotniejszy dla tego snu: siedzimy sobie na trawie, jest bardzo cieplutko, lipiec czy cóś, ktoś czyta jakąś książkę o jakimś świętym, który to jakoś niedawno umarł i zaraz został ogłoszony świętym i niby przewidział kiedy i jak nastąpi koniec świata. Nawet w tym śnie byłam na tyle rozsądna, żeby pomyśleć: „No halo, ale tego podobno nikt miał nie wiedzieć, o co idzie?!”. Dziadziuś ów sędziwy twierdził, że świat ma się skończyć… 21 grudnia (czy ta data czegoś Wam nie przypomina?? :D) dwa tysiące któregoś roku, sorki ale niestety nie pamiętam, ogromnie tego żałuję. Pomyślałam sobie, że nie dość, że to są pewnie bzdety, a Kościół nagle zrobił się naiwny i takiego człowieka wynosi na ołtarze, to jeszcze ten człowiek nawet nie potrafi być oryginalny, przecież raz już miał być koniec świata 21 grudnia. :D Potem wrociłam do domu i długo nie działo się nic, w każdym razie ja nic nie pamiętam. Potem był straszny mróz i czyjeś urodziny, zdaje się, że mojego Tatula (obchodzi on urodziny 19 grudnia, a nie jest to bez znaczenia w tym momencie). Wszędzie, dosłownie wszędzie padał śnieg, o ile kojarzę, to nawet w domu mieliśmy coś śniegopodobnego. Siedzieliśmy w kuchni na takich małych taborecikach, był podpiwek, jakies śliwki, pierogi z kapustą i z grzybami i multum innych, często dziwnych rzeczy. Co ciekawe, pomimo mrozu, śniegu i tego śniegopodobnego czegoś, mieliśmy otwarte drzwi na taras i było cholerrnie zimno, przeżyć nie szło. Nagle któś stwierdził, że jeszcze nie śpiewaliśmy Tatulowi sto lat, więc cały tłum gości obchodzący tego dnia Tatula urodziny i w ogóle my wszyscy podnieśliśmy się i zaczęliśmy śpiewać. Jak tylko wydobyliśmyz siebie pierwsze dźwięki, zaczęło strasznie grzmieć, a mi od razu na myśl przyszły słowa, które nam ten któś na biwaku czytał, tego świętego i jego dziwnych przepowiedni. Pomyślałam sobie: „Haha, dobra, im prędzej skończy się ten śmiszny świat, tym właściwie lepiej dla nas”. Grzmiało coraz bardziej, zaczął dąć wicher, cała kuchnia była pokryta tym nie wiem czym co wyglądało jak niesamowicie puszysty śnieg. Śmialiśmy się i robiliśmy sobie jaja, że to dla Tatula jakieś ostrzeżenie. Po jakimś czasie takiej burzy zaczął trzeszczeć sufit, dach, wszystko, aż w końcu tak fajnie nami potrząsnęło, normalnie cały dom się na chwilę uniósł do góry i gwałtownie z wielkim trzaskiem i chrzęstem opadł na ziemię, bardzo, baardzo się kołysząc, tak jakbyśmy ważyli dobrych parę ton. Przeraziłam się już mocno, czułam się jak w „Fitmisiu”, a takie akcje nie należą do moich ulubionych, no i wreszcie zaczęłam brać ową sytuację na poważnie. Lunął straszliwy deszcz, Mamula nie mogła zamknąć tarasu, bo stała tam jakaś ogromna, odrażająca lodowa góra, jak Mamula próbowała zamknąć drzwi, to z niej wydobywał się taki okropny, odrażający pisk i jechała na Mamulę, tak, że Mamula musiała szybko odskoczyć, żeby jej to piszczące monstrum nie przygniotło. Oczywiście wszyscy Tatula goście byli u nas cały czas, bo nikt by człowieka w taką pogodę nie wypuścił. Przynajmniej połowy z nich w ogóle nie rozpoznałam albo nie znałam. W końcu doszło do tego, że cały świat trząsł się non stop, wszystko się kołysało i latało, trzeszczało i świszczało, było trochę jak na statku, bo nawet mokro, ponieważ oczywiście piszcząca góra lodowa wciąż stala na swoim miejscu i nikt nie odważył się do niej podejść, a mnie na samą myśl oblatywały ciarki. Pamiętam, że potem poszłam doo pokoju na górę, położyłam się na łóżku i ogarnęła mnie straszliwa panika, a jednocześnie niesamowita ciekawość, co będzie, jak skończy się świat. Wtedy zaczęłam mieć ogromne wyrzuty sumienia, myślałam o tym, ilu rzeczy nie zrobiłam, ilu rzeczy różnym ludziom nie powiedziałam, że nie przetłumaczyłam Vreeswijka, że w ogóle robiłam cały czas jakieś straszne i okropne rzeczy, byłam po prostu spanikowana jak nigdy dotąd na jawie, w snach bywało jeszcze gorzej. Kojarzę nawet, że w tym śnie wydawało mi się, że ten cały koniec świata to tylko mój sen i szczypałam się po rękach, ale czułam to, więc stwierdziłam, że to jednak w realu. Potem w moim pokoju zaczęło coś przeraźliwie jęczeć i piszczeć. Gdy przebudziłam się z tego snu, wydało mi się to śmieszne, ale gdy mi się to śniło, byłam autentycznie przerażona. Coś wylazło mi spod łóżka i zapiszczało: „Idź sobie!”. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać tego komunikatu, myślę, że nikt, kto miałby okazję usłyszeć to osobiście nie miałby ochoty ani odwagi zwlekać. Pomimo iż wszystko się kołysało, padał deszcz, śnieg, grad, była burza i mieliśmy powybijane okna, to jednak zleciałam ze schodów w przeciągu pięciu sekund, byle być dalej od tej kreatury. Okazało się, że w kuchni siedzi jakiś facet w futrze z jakąś kartką, pije kefir i spisuje wszystkich grzechy. Jak się spytałam Mamuli, co to za sekciarstwo, to mi ten facet odpowiedział, że ponieważ ma bardzo sprawny wóz, to jeździ po domach i po kościołach, spisuje grzechy ludzi i oddaje do kościołów, bo to taka spowiedź na odległość, inaczej się teraz nie da, a najprawdopodobniej to będzie dla nas wszystkich ostatnia w życiu. Patrzyłam, jak każdy po kolei musiał się przemóc i publicznie dyktować temu gościowi swoje grzechy, z niektórymi gdzieś wychodził na początku, do kibelka, do łazienki… gdy przyszła moja kolej, spytał się mnie, czy chcę tak przy ludziach. Nie chciałam, ale powrót do pokoju i do tego czegoś, co tam było był ponad moje siły, więc zaczęłam się wywnętrzać przy wszystkich, a potem Tatul. W końcu gościu przestał nas torturować, dał nam Komunię (Z SOLĄ! mniammmmmm) i pojechał. Ten koniec świata trwał strasznie długo, dostałam od Tatula harfę, taką bardzo małą i sama się nauczyłam na niej grać. :D O dziwo wciąż istniał Internet, choć prądu nie było. Tatul zrobił jakiś kabel (nie pytajcie mnie dlaczego: ten kabel się nazywał kablem móżdżnym). Powstało nam więc w domu jakby nowe pomieszczenie z mikroskopijnymi drzwiami, ulokowane między kuch ią a kibelkiem, drzwiami było bardzo łatwo sobie przykleszczyć palca, wchodziło się i był tam bardzo dobry dostęp do Neta. Wszędzie było mnóstwo kabli, minusem było to, że w tym „móżdżnym” pomieszczeniu świat zdawał się wirować miliard razy szybciej. Pamiętam, że zalał mi sie Braille-Sense i po tej tragedii zamienił się w… krótkofalówkę. :D Z kompem było przez długi czas wszystko OK, pisałam nawet „Ostatni Wpis W Drimolandii”, nie pamiętam o czym traktował tak dokładnie, ale zapewne o końcu świata. Komuś na Twitterze relacjonowałam, co u nas już jest zniszczone. W końcu Net równiez padł i wtedy wszyscy non stop się modliliśmy, ja mimo iż się spowiadałam wciąż byłam przytłoczona grzechami. Niezbyt obserwowałam innych, ale wydaje mi się, że kilka osób miało podobnie, największą oazą spokoju była moja Mamulka. I pewnego dnia nastąpił kres. Grałam z Zofijką w jakąś dziwną grę, przeskakiwałyśmy kałuże, Zofijka rzucała Mamuli smartfonem, który nie działał, udawałyśmy, przynajmniej ja, że pochłania nas to i fascynuje niepodzielnie. Zofijka podskoczyła i nagle całe nasze podwórko zaczęło się zapadać, wćągać się do wnętrza Ziemi. Było pełno wody. Któś wrzeszczał: „Uwagaaaaa!”. Wiedziałam, że zaraz umrzemy, kwestia kilku sekund. Wtedy usłyszałam wrzask Tatulka, na jego wspomnienie jeszcze w tej chwili przechodzą mnie ciarki: „Niech mi ktoś poda rękę, zaraz się utopię!”. Było to takie rozpaczliwe, ale każdy miał przed sobą podobną wizję, a co potem? Nagle zaczęłam strasznie szybko spadać na dół. Wywrzaskiwałam jakieś pozbawione sensu głupoty, nie wiem nawet, czy po polsku i leciałam, leciałam, leciałam… Z pewnością czegoś takiego każdy z Was doświadczył, spadanie w snach w końcu rzadkim zjawiskiem nie jest. I nagle… zleciałam. Pode mną było… sucho??? Ja w ogóle żyję? Eej, ludzie, co jest???!!! Ooo, Plextalka mi pozwolili zabrać do zaświatów? No, to mi się podoba. Gdyby nie Sofia Karlsson, którą sobie ustawiłam na budzik w Plextalku, pewnie długo jeszcze tak bym rozmyślała nad moją sytuacją, ale dzięki Sofii w krótkim czasie mi przeszło i zaczęłam akceptować fakt, że… TO BYŁ TYLKO SEN!!! Gites!

Muszę Wam powiedzieć, że chociaż to niewątpliwie był koszmar, to jednak miałam gorsze sny, a nie tak ciekawe, ale ten zapamiętam do końca życia.

Dzielcie się reflexjami na temat owego wpisu, a może komuś z Was śniło się cóś podobnie abstrakcyjnego lub strasznego? Zachęcam do dyskusji w temacie wpisu.

Tak w ogóle to mi się jutro zaczyna sesja egzaminacyjna, egzaminów trochę będzie i trochę mnie to stresuje, głównie z powodów czysto technicznych. Poza tym najprawdopodobniej w drugim semestrze czeka mnie kolejna zmiana szkoły, ponieważ na lekcje naszego semestru zaocznego chodziło strasznie mało osób i będą musieli ów semestr zlikwidować. Przeniosą nas pewnie do wieczorówki, ale w takiej sytuacji ja pewnie przeniosę się po prostu do innej zaocznej i tyle, o ile taka możliwość będzie.

Tak absolutnie na koniec wpisu bardzo chciałabym Wam cóś pokazać. Cóś pięknego i miłego. Dostałam dziś sporo nowej muzy do ogarnięcia od Spotify, co jak zwykle ogromnie mnie ucieszyło. Wśród tego bogactwa fajnej i mniej fajnej muzy znalazłam album zatytułowany „Cornelis VS. Riedel”. Z powodu mojej fazy na Cornelisa Vreeswijka nie mogłam obok tego znaleziska przejść obojętnie, facet, który się nazywa Georg Riedel również był mi znany ze słyszenia. Okazało się, iż jest to album Riedla z 2011 roku, z nigdy nie wydanymi na płytach textami Vreeswijka, oraz dwoma piosenkami, które Riedel dla niego napisał. Początkowo nie miałam pojęcia, cóż to właściwie jest za album, dopiero Wikipedia mnie oświeciła. Moją uwagę od razu przykuła piosenka w wykonaniu Sarah Riedel „Se Här Dansar Fredrik Åkare” i zastanawiałam się, któż to napisał. Nie wierzyłam, że Cornelis, bo text zdawał mi się bardzo wyraziście mówić o nim samym, a on kiedyś podkreślał, że nie utożsamia się z Fredrikiem Åkare i pierwowzorem tej postaci jest jego kolega, wyglądało mi to tak, jakby któś się zainspirował nim samym i jego Fredrikiem Åkare i cóś takiego stworzył, ale jednak text jest Vreeswijka. Tak bardzo przypomina mi Vreeswijka, jes tak piękny, a do tego Sarah Riedel tak cudownie to zrobiła, że po prostu ja to teraz ubóstwiam. I nie oprę się pokusie, żeby Wam tego nie pokazać. Muzyka na bank nie jest Vreeswijka, więc pewnie Georga Riedla, jeśli chodzi o pisanie muzyki do twórczości Vreeswijka to takie rzeczy, że któś maczał w tym palce od razu widać. Tak więc ja się zwijam z Drimolandii i zostawiam Wam tego wpisa wraz z tą piosenką.

Sarah Riedel–Se Här Dansar Fredrik Åkare.