Języki I osobowość.

Witajcie!

Zanim przejdę do niesamowicie ciekawego według mnie meritum wpisu, chciałabym Wam pokrótce opisać kilka wydarzeń, które ostatnio miały u mnie miejsce. Przede wszystkim byłam dziś u mojego konika, to znaczy ja właściwie obecnie jeżdżę na dwóch, ale dziś na Rudym, którego znam niezbyt długo, ale coraz lepiej się rozumiemy i czujemy wzajemnie, poza tym nie da się go nie lubić, ale to akurat chyba jest wspólna cecha wszystkich koni.

Winna Wam jestem jakieś wyjaśnienia jeśli chodzi o ten nieszczęsny walijski, skoro już ostatnio temat zaczęłam. Otóż, babka z tego uniwersytetu mi odpisała, że owe studia celtyckie są primo: studiami podyplomowymi, a secundo: trzeba mieć certyfikat z inglisza, którego ja mieć nie będę, bo już nawet dyrektorka z liceum, do ktorego chciałam iść stwierdziła, że nie wyobraża sobie, jak ja będę funkcjonować w klasie lingwistycznej, bo oni mają tam certyfikaty, a do certyfikatów nikt mi nie dostarczy materiałów w brajlu do ćwiczenia przed certyfikatem. Też sobie to średnio wyobrażam. Szkoda, że tak się to przedstawia, ale przynajmniej może wreszcie mój mózg przyjmie do wiadomości, że ani tak, ani siak nie jest możliwe, żebym mogła normalnie i efektywnie uczyć się walijskiego. Wiem o tym od roku, ale usilnie ciągle próbuję walić mózgiem we wszelkie możliwe drzwi do walijskiego i trzymać sie jakiejś nadziei. Teraz już nawet nie wiem, gdzie walić, więc może wreszcie uda mi się zostawić w spokoju równie nieziszczalne marzenia jak to, że będę kiedykolwiek znała walijski. Właściwie to powinnam ująć inaczej: marzyć o walijskim będę, na to nie ma żadnej ziemskiej siły i tu nie ma co się łudzić, będę też robić, to co sama jestem w stanie robić z walijskim, ale faktem jest, iż ja nawet nie mam co w tej dziedzinie osiągać, bo nie ma jak, więc należałoby się trzymać tego, co jest osiągalne, a więc na pewno nie kurczowo walijskiego niestety. Tyle o walijskim, a jak będzie z moim mózgiem pod tym względem, to się jeszcze okazże.

Od jakiegoś mniej więcej tygodnia ssę olej. Nie wiem, czy kiedykolwiek o takim czymś jak ssanie oleju słyszeliście, metoda ta robi się modna, ale jeszcze na pewno wielu ludzi o tym nie wie. Jest to czynność bardzo dobra dla zdrowotności, której wielką zwolenniczką jest moja Mamusia i ona wlaśnie mnie do tego namówiła gdy zaczęło mi się rozwijać to moje piękne, zimowe zapalenie oskrzeli co zwykle. Wiem, że po przeczytaniu mojego wpisu raczej nikt się nie skusi na wypróbowanie tej metody, ale mimo to ją polecam, bo jest fajna i jakoś tam działa, a konkretnie jak, to będę mogla stwierdzić może za jakiś tydzień. Robi się to w ten sposób, że obojętnie jaki olej spożywczy, taki, jaki Wam pasuje (u mnie słonecznikowy absolutnie wymiata, moja Mamula używa kokosowego), a konkretnie jedną łyżkę oleju, trzymacie w ustach przez 15-20 minut i ssiecie go tak, żeby się zmieszał ze śliną i tak po prostu płuczecie nim buzię od wewnątrz. Efektem tego jest detoxykacja organizmu. Po tych dwudziestu minutach olej należy wypluć do kibelka, przepłukać usta i umyć zęby i git. Ważne, żeby robić to albo rano na czczo, albo o każdej innej porze, byle cztery godziny albo więcej od ostatniego posiłku. Ja jeszcze tydzień temu czułam się raczej niezbyt ciekawie z tymi oskrzelami, obecnie wygląda to tak, jakbym po takiej początkowej fazie rozwijania się tego dziadostwa od razu przeszła na sam finisz, normalnie zajmuje mi ten proces ponad miesiąc, a na antybiotyku gdzieś z dwa tygodnie, więc uważam to za zjawisko fenomenalne. Mówię, nie jest jeszcze idealnie, trzeba będzie poczekać jakis czas jeszcze, tymbardziej, że dzisiaj byłam na koniach, a jako, że mam alergię na konie, to w takich sytuacjach mi się to zapalenie oskrzeli zaostrza, ale jest lepiej niż kiedykolwiek, dlatego wszystkim bez wyjątku polecam ssanie oleju. Oczywiscie radzę Wam jeszcze zajrzeć do sieci i trochę sobie na ten temat poczytać, dużo jest na ten temat.

OK, to chyba czas przejść do meritum. Pomysł na ten wpis miałam już baaardzo dawno, ale szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, od której strony to ugryźć. Zaczęło się od tego, że całkowicie przypadkowo natknęłam się na bloga jakiegoś chłopaka, który uczy się kilku języków, a konkretniej na jego wpis dotyczący tego, jak on sam się zmienia, gdy używa konkretnego języka pod względem osobowości. Było to dla mnie bardzo interesujące, bo interesuję się i lingwistyką i osobowością, a on jeszcze pisał, że oczywiscie w każdym języku z tych, które zna, funkcjonuje pod innym imieniem i do tego też jakby się jego osobowość dostosowuje, a imiona to również mój konik, że tak się hipologicznie wyrażę, jeszcze w nawiązaniu do koni. :) Było to jeszcze zanim sama zaczęłam się naprawdę mocno angażować w języki, więc oprócz tego, że mnie to zainteresowało, niewiele mogłabym w temacie tego wpisu powiedzieć.

Jednak z czasem poznałam trochę ludzi z różnych krajów, trochę ludzi znających sporo języków, albo nawet jeden język obcy, ale dobrze, poznałam też Finów, którzy przecież są bilingualni, no i sama się rozwinęłam językowo i stwierdziłam, że gościu ma rację. Stopniowo, wraz z dość szybką i nagłą poprawą mojego angielskiego, jak również tworzeniem się angielskiego akcentu innego niż – jak ja to ostatnio lubię określać – „Schoolish English”, zauważyłam, że naprawdę czuję ten język. W szkole jeszcze jako tako, bo – nie oszukujmy się – ile mówi się po angielsku w przeciętnej szkole? Chodzi mi o takie naprawdę wartościowe mówienie, a nie wypowiadanie pojedynczych słów czy zdań. Jednak gdy rozmawiałam z kimś po ingliszu swobodniej, co ostatnio zdarza mi się dużo częściej, czułam się normalnie tak, jakbym była prawie zupełnie kimś innym. Zastanawia mnie, jak to jest z ludźmi, którzy mają dwa języki opanowane w równym stopniu, przecież skoro ja z moim ingliszem tak silnie to odczuwam, to co dopiero tacy ludzie?

Potem przyszedł czas na szwedzki, który jest dla mnie obecnie językiem, którym mogę się porozumiewać prawie, prawie tak dobrze jak po angielsku. Gdy nabrałam troszkę sprawności w mówieniu w tym języku zauważyłam, że zrobiła mi się trzecia osobowość. Z fińskim na razie trudno stwierdzić, ale też już jakiś szkielecik widzę, że jest. Z wieloma osobami na ten temat rozmawiałam, wiele osób jak mogłam, tak obserwowałam, o innych czytałam, a w ostatnich miesiącach dwujęzyczność i jej aspekty psychologiczne interesują mnie przeogromnie. Pisałam Wam już, że bardzo chcialabym być neurochirurgiem i neurobiologiem, a kwestia, którą na pewno bym się wtedy zajęła, gdybym miała możliwość być tym całym neurokimś, to właśnie dwujęzyczność, psychika i osobowość ludzi dwujęzycznych (nie tylko tych z krajów dwujęzycznych czy dzieci z małżeństw mieszanych, ale też chociażby nawet tymi, którzy umieją się po prostu komunikować w kilku językach), ewentualne zaburzenia osobowości na tym tle, wynikające pośrednio z dwujęzyczności czy wielojęzyczności (czytałam o tym troszkę ostatnio) czy adaptacji. Zastanawia mnie też cóś takiego jak „osobowość” samego języka, bo moja opinia jest taka, że języki, nawet najskromniejsze dialekciki, też mają swego rodzaju charakter.

Postanowiłam, że nie będę się w tym wpisie mądrzyć na temat, co zaobserwowałam u innych, bo to jest ich rzecz i oni wcale tak nie muszą tego odbierać, a jedynie opiszę moje własne doświadczenia z językami i tym, jak się w każdym z nich czuję, chętnie się również dowiem, co Wy na ten temat myślicie i czy macie jakieś własne doświadczenia w tych kwestiach.

Pierwsze to, co zauważyłam, gdy zaczęłam sama bardziej pracować nad moim ingliszem, to, że gdy mówię w tym języku czuję się dużo swobodniej niż po polsku. Fakt ten ogromnie mnie cieszył, zwłaszcza, gdy sobie poobserwowałam przerożnych ludzi z blokadami językowymi, którzy moze by i potrafili, ale ni jak nie mogą się po angielsku wysłowić, tak są wewnętrznie zblokowani. Ja kiedyś też byłam, ale udało mi się bezboleśnie i niemal nieświadomie z tym skończyć i w żadnym języku od tego czasu jeszcze się nie zablokowałam, no chyba, że po prostu miałam pustkę w głowie i nie wiedziałam, co powiedzieć, swoją drogą to jest okropne!

W ciągu ostatnich dwóch lat mój inglisz nie polepsza się jakoś bardzo od strony słownictwa czy gramatyki, ale mówię dużo płynniej, poza tym swego czasu miałam problem z rozumieniem, pomimo iż miałam dosyć bogate słownictwo, a teraz jest lepiej, co znacząco wpływa na poprawę zarówno mojego stylu pisania jak i mówienia po ingliszu no i ogólnie jakości kontaktu z ludźmi. Gdy piszę, że czuję się swobodniej przy ingliszu, nie mam na myśli, że swobodniej przychodzi mi mowienie czy pisanie w tym języku, ale że mówienie/pisanie po ingliszu sprawia iż czuję się ogólnie swobodniejsza, nawet w jakiejś sztywnej nawijce czy jak jestem zestresowana. Poza tym zauważyłam u siebie wręcz niesamowitą szczerość, gdy posługuję się angielskim w kontakcie z kimś. Nie należę również do osób spontanicznych, a sądzę, że gdyby ze mną któś się zapoznał nawijając po ingliszu, mógłby odnieść wrażenie zupełnie odwrotne. Ostatnio jak próbuję nawijać ze szkockim akcentem, co uważam za świetną formę rozwoju, ale też zabawy :D jestem również bardzo zwięzła, jeśli mówię. Wciąż mówienie ze szkockim akcentem sprawia mi niejaką trudność i muszę ciągle o tym myśleć, co jak mówić, ale mimo to podchodzę do tego raczej luźno. Jeden powód jest taki, że sam szkocki akcent wywołuje we mnie poczucie wewnętrznej harmonii i po prostu luzu, a drugi taki, że wydaje mi się, że szkocki angielski nie brzmi już tak efektownie, jeśli się człowiek nie rozluźni, taki ściśnięty jakiś jest, ten Skotisz wtedy, zwłaszcza samogłoski, w żadnym innym języku tego tak nie słychać, przynajmniej ja to tak odbieram u siebie. Wciąż jednak, mimo iż bardzo lubię mówić tym szkockim dialektem, bo rekompensuje mi on szkocki gaelicki, którego pewnie nigdy nie poznam, łatwiej mi się pisze niż mówi w Scotts, ale może też dlatego, że ja w ogóle wolę pisać niż mówić, niezależnie po jakiemu. :D

Przytoczę Wam historyjkę, jak to kiedyś inicjowałam znajomość z pewnymobywatelem Anglii. Przedstawiłam mu się jako Margaret, a nie Emily, czy Emilia, a więc zgodnie z prawdą, bo wtedy nawet jeszcze chyba dla nikogo nie byłam Emilką, ale powiedzialam mu, żeby tak do mnie nie mówił, bo tego nie lubię, bo mi się z Tchatcher kojarzy albo jakoś tak podobnie. No więc on zareagował tak, jak zrobiłby pewnie każdy i mówił na mnie Maggie. Postanowiłam to przemilczeć, bo sama nie bardzo wiedziałam, jak by mial na mnie mówić… Marjorie? :D ale jakoś podświadomie bardzo mi ta Maggie musiała przeszkadzać. Imię Maggie kojarzy mi się z głupią i raczej ograniczoną istotą i taka w końcu zaczęłam się czuć, dodatkowo mój inglisz raczej wtedy kulał, więc w końcu nie wytrzymalam i wypaliłam: „Nie mów na mnie Maggie, bo nie wyrobię. Kojarzy mi się to z jakąś niedorozwiniętą pokojówką”. Nie wiem, skąd u mnie takie skojarzenia, nie pamiętam, skąd w ogóle wiedzialam, jak jest „niedorozwinięta pokojówka” po angielsku, ale to pewnie sobie po prostu sprawdziłam, ale jak tylko to mu wysłałam, poczułam się raczej głupio. Obecnie stwierdzam, że to był z mojej strony popis szczerości, po polsku rozmawialibyśmy dalej i pewnie po chwili przestałabym zwracać uwagę na to, jak on na mnie mówi, a już na pewno nie wyjechałabym z czymś takim. Na szczęście on ma trochę dystansu do takich rzeczy jak się okazało, i się z tego tylko chichał. Zapytał się jak wobec tego ma do mnie mówic, a ja pojęcia nie miałam i tak powstała Mairin. Z czasem się dowiedzialam, ze Mairin to wcale nie forma Małgorzaty, tylko irlandzka czy tam szkocka forma Marii, ale ja już i tak byłam Mairin i tyle i czułam się z tym znakomicie i wszystkim Szkotom do tej pory się tak przedstawiam. Jest coś fascynującego w tym imieniu, dla mnie jest tylko xywką i nie chcę, aby było czymkolwiek innym, ale odczuwam to jako wielki zaszczyt, że zostałam uhonorowana taką piękną xywką. A więc ja jako Mairin jestem szczera czasami wręcz do bólu, czasami się zastanawiam, czy to w ogóle ja, a jak myślę po angielsku, czyli głównie wtedy, gdy mówię po angielsku, bo raczej w innych sytuacjach nie myślę po angielsku, to mam jeszcze większą skłonność do czarnowidztwa niż zwykle.

Jak mówię po szwedzku, to mówię bardzo rozwlekle i czasami kwieciście, wielu kwiecistych wyrażeń nauczyłam się za pośrednictwem Vreeswijka, więc to pewnie jego wpływ. Czasami też nagle w taką kwiecistą nawijkę wejdą mi jakieś kolokwializmy, których również pokaźną ilość znam od Vreeswijka, bo on tak pisał, że często w jednym wierszu czy piosence było i kwieciście i kolokwialnie, ale w zwykłej nawijce to wychodzi śmiesznie. Tyle, że ja się orientuję w tym dopiero po fakcie na ogół, bo jak mówię, to jestem za bardzo zaaferowana. Czasami też tak robię celowo, że mieszam style w nawijaniu, bo się ludzie jarają. Poza tym nie mogę się oduczyć zwyczaju ciągłego śmiania się jak głupi do sera jak mówię po szwedzku o czymkolwiek z kimkolwiek, nawet jak piszę, to się szczerzę :D to jest beznadziejnie glupie. Jestem bardzo zadowolona z mojej płynności w szwedzkim, przede wszystkim dlatego, że tak szybko ją osiągnęłam (po dziesięcioletnim mitrężeniu się w szkole z angielskim to dla mnie naprawdę nowość), ale nie zamierzam na takim poziomie poprzestać, bo jeszcze miewam dość często problemy z nawijaniem i pisaniem, a więc i z płynnością idealnie nie jest. Poza tym jak mówię po szwedzku, często wpadam na bardzo ciekawe pomysły w trakcie mówienia, lubię się posługiwać ripostami, na pomysł których wpadam jakoś szybciej niż myśląc po polsku, czasami w jakiejś szczególnej chwili cytuję Vreeswijka, gdybym nie spotkała się z tym u innych, to bym pewnie na to nie wpadła. Poza tym uwielbiam monologować sama ze sobą po szwedzku jak jestem sama w domu, albo jak cóś robię w nocy, a jeszcze częściej monologuję do Vreeswijka, jak na przykład mam jakiś wielki problem, albo jak próbuję tłumaczyć jakiś jego wiersz i nie mogę dojść chociażby w najmniejszym stopniu, cóż takiego autor mógł mieć na myśli, w ogóle lubię go zamęczać moimi monologami, wiem, że takie zawracanie gitary bliźnim w czasie przeznaczonym na wieczny odpoczynek nie jest zbytnio altruistyczne, ale przecież ja mu wcale nie każę wchodzić w interakcje jakiekolwiek ze mną, więc uważam, że jest OK, poza tym wcale nie musi mnie wysluchiwać, ja jestem przyzwyczajona do monologowania do ludzi, którzy myślą o czymś zupełnie innym, albo w ogóle nie myślą, mi to nie przeszkadza. Piszę o tym, bo to również jest wzbogacająca czynność dla moich szwedzkojęzycznych umiejętności, poza tym nawet, jeśli jakiegoś słowa po szwedzku nie jarzę, to mogę je zastąpić angielskim, a czasami nawet holenderskim, fiński i polski w ostateczności, bo nie jestem taka pewna, czy on na pewno znał fiński, ale polskiego to już na pewno nie. Szwedzki działa na mnie bardzo… hmmm… ukreatywniająco? jest w ogóle takie słowo? no nie wiem, jak to określić, w każdym razie to jest taki język, który rozbudza kreatywność, nie wierzę, że tylko moją, na pewno dużo ludzi tak ma. Aha, poza tym, gdy myślę po szwedzku, cechuje mnie niepoprawny optymizm, przynajmniej jak na mnie.

O fińskim trudno mi jeszcze mówić, bo baaardzo trudno mi jeszcze mówić po fińsku, mówię w tym języku chyba gorzej niż Kali z „Pustyni I W Puszczy” po angielsku, wszystko przez te przypadki. W fińskim czuję się trochę jak słoń w składzie porcelany, który nie wie na co trafi, ale i tak coś rozbije, to znaczy nieważne, co i jak powiem, ale i tak będzie zły przypadek, zwłaszcza, że znam ich na razie zaledwie sześć. FATALNIE idzie mi czytanie po fińsku, mimo moich ogromnych wysiłków w tej mierze. Czytam sobie coś co jakiś czas po fińsku, w miarę regularnie, ale nie bardzo się to zmienia. Chodzi o to, że fiński jest językiem aglutynacyjnym, co oznacza w tym wypadku tyle, że są tam bardzo długie słowa (pomijam przypadki, że mi te słowa w całości nie mieszczą się na linijce brajlowskiej, bo to jest w ogóle piękne i nie da się przeczytać płynnie), dlatego jakoś trudno mi posklejać co dluższe słowa i jakoś je ogarnąć. Szczęście w tym jest takie, że w FInlandii używa się przecież także szwedzkiego, więc ja na razie mówię po prostu po szwedzku, a czasami sobie zaryzykuję i powiem coś po fińsku, ale na razie, chociaż kocham fiński z całego mózgu, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich, to jednak nie czuję się w nim komfortowo, a w dodatku to chyba bardzo widać. Większość Finów obecnie nazywa mnie Millą, które to zdrobnienie od Emilii bardzo polubiłam i ono bardzo dobrze swoim brzmieniem pokazuje moją bezradność wobec potęgi fińskiego.

Z holenderskim jest bardzo podobnie, jest on na szczęście dużo łatwiejszy, bez porównania łatwiejszy od fińskiego, ale również jak na razie jestem słaba w te klocki. Na początku wiem, że wybitnie kaleczyłam pod względem fonetycznym holenderski, co zdarza się każdemu, ale ja bardzo nie lubię kaleczyć i ogromnie mnie niecierpliwiło, że to jakoś z tym językiem długo trwa, ale zdaje się, że ten etap mam już za sobą, no chyba, że jedyna moja znajoma z Holandii, z jaką piszę i nawijam, już tak bardzo się do tego przyzwyczaila. Ale to, co najbardziej mnie wkurza w moim mózgu jeśli chodzi o holenderski, to to, że gdy mam mówić po holendersku, nasuwają mi się słowa niemieckie, często bardzo podobne, czasem nawet prawie identyczne, no ale jednak nie zawsze. A najlepsze jest to, że mój zasob slownictwa niemieckiego wcale nie jest wielki, krótko i niezbyt efektywnie uczyłam się tego języka w szkole, a czasami nagle wychodzi mi cóś z podświadomości, a ja się dziwię, skąd ja to wiem i w popłochu szukam odpowiednika holenderskiego. Pamiętam, że w zeszłym roku na niemieckim z kolei parę razy pomyliłam się w drugą stronę. Najwidoczniej mój mózg wie, że ma przestawic się na jakiś charczący obcy język, ale nie jarzy, na ktory konkretnie. Więc na razie nie bardzo mogę stwierdzić, jak i czy w ogóle zmienia się moja osobowość przy holenderskim, bo za bardzo się spinam na ogół.

Dobra, o językach z mojej strony byłoby tyle, jestem ogromnie ciekawa jakichś Waszych rozkmin i doświadczeń w tym temacie, ale nie tylko osobowości, podzielcie się Waszymi reflexjami lingwistycznymi, piszcie również, co myślicie o wpisie i czy Wam się podobał, w każdym razie zachęcam Was do pisania. Języki (osobowości wszelakie zresztą też, ale mniejsza z tym) to jest po prostu temat rzeka, więc jeśli wpis się będzie jakimś zainteresowaniem cieszył, niewykluczone, że kolejny wpis na temat języków i jakichś innych ich właściwości powstanie.

Tak swoją drogą to obecnie czytam „MCDusię” i nie wiem, robić recenzję? A może nie, bo przecież niedawno „Feblik” był? Sugestie jakieś w tym temacie również mile widziane.

Na koniec wrzucę Wam piosenkę, którą uwielbiam odkąd regularnie słucham „Strefy Rokendrola Wolnej Od Angola” i odkąd znam zespół Nine Treasures.

Jest to rockowy zespół mongolski, słychać u nich też folk. Mnie przede wszystkim urzekł utwór „Azalea”, uważam, że jest po prostu piękny, sama nie wiem, jak go określic, słowo piękny jest nazbyt ogólnikowe. Po prostu wszystko w tym jest genialne: gitara powalająca z nóg, wokal tego faceta rozwala mnie na części, a skrzypce folkowe robią z tego coś niesamowicie harmonijnego i… w ogóle takiego no. A co to znaczy „w ogóle takie no”? To już musicie sobie sami na to pytanie odpowiedzieć, to jest niewyrażalne w żadnym języku ziemskim, no, nie wiem jak z mongolskim. W każdym razie jak sądzę, wyrażenie „w ogóle takie no” dla kazdego oznacza coś innego. Dobra, koniec tych chorych dywagacji. Początkowo przypuszczałam, że zaowocuje to może jakoś muzyczną mongolską fazą, ale jednak nic takiego nie nastąpiło, poczytałam trochę sobie o mongolskiej muzyce, a także o muzyce Nine Treasures. Okazuje się, że utwory mongolskie często traktują o… koniach!!! U Nine Treasures również ich nie brak. I chociaż ja nie mam zielonego pojęcia (ani w żadnym innym kolorze zresztą też) o czym akurat jest „Azalea”, to i tak ten utwór kocham.

Pozdrawiam! :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s