Ulotne chwile I chwilki z życia debilki Emilki–czyli walijski rządzi!

Witajcie!

Koniec tego dobrego, dziś będzie długi wpis, więc tych, którzy długich wpisów nie lubią od razu ostrzegam, chociaż sądzę, że jeśli w ogóle tu takowi ludzie byli, to się zniechęcili i nikogo ostrzegać nie muszę. Ostatnio było bardzo spokojniutko i sprawnie, same recenzje i krótkie wpisy, ale dziś to się zmieni.

Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze czas po prostu mija i wypadałoby o pewnych rzeczach napisać, bo troszkę się dzieje i u mnie i w tym, co mnie interesuje i co wobec powyższego jest ważne i istotne dla Drimolandii. Drugi powód jest taki, iż mamy dziś osobliwe święto. W Polsce za bardzo nie ma czego obchodzić, ale w Drimolandii…czemu nie? Święto owo jest świętem narodowym Laponii. Z tej więc okazji stworzyć wpis to chyba niegłupi pomysł.

Najpierw jednak trochę Wam opiszę cóż to się u mnie działo od ostatniego luźniejszego wpisu. Sporo właściwie, choć oczywiście w tak krótkim czasie trudno o jakieś spektakularne zmiany. To jednak, co szczególnie w ostatnich dniach pochłania mój mózg to… Walia. W skrócie mówiąc, bo do tego co w Walii i czemu w ogóle Walia przejdę za chwilę. Zapewne już wszyscy w miarę stali Goście Drimolandii wiedzą, że moją obsesją są języki, a wśród nich walijski, mimo, że znam po walijsku zaledwie może kilkanaście słów oraz mimo iż nie mam z nim wyłącznie pozytywnych skojarzeń, no ale to przecież nie wina walijskiego samego w sobie. Tak czy inaczej walijski budzi we mnie bardzo żywe emocje, zwłaszcza na początku naszej znajomości, kiedy to sporo osób się ze mnie śmiało, że jak dostałam od Mamulki walijskie gadadełko (Gwyneth z Ivony oczywiście), weszłam sobie na jakąś walijską stronę i nic kompletnie nie rozumiejąc czytałam ją przy pomocy Gwyneth, doprowadzając się do stanu, który określiłabym jako extatyczną euforię. Wtedy jeszcze nie rozumiałam ani słowa, chociaż właściwie teraz też rzadko rozumiem, bo czasami np. w BBC ludzie mają taki słowotok, że nic nie zajarzysz absolutnie. Opracowałam sobie parę miesięcy temu innowacyjny, zindywidualizowany sposób na miłe i ciekawe sny. Kładłam się około godziny 22 i włączałam sobie na Plextalku BBC Radio Cymru, czyli walijskojęzyczną stację radiową BBC i ustawiałam sobie sleeptimera na dwie godziny, po pierwsze dlatego, żeby mi całą noc nie gadało, bo mimo, że ja to włączałam bardzo cichutko, żeby móc zasnąć, to jednak cóś gadające całą noc może trochę dezorientować mózg, a poza tym niestety owa rozgłośnia nie działa całodobowo i o północy łączy się z jakąś tam inną BBC albo emitują jakiś komunikacik iż BBC Radio Cymru obecnie nie działa itd. itp. Ale w dzień oni też mają chyba jakąś ograniczoną emisję, dobra, nieważne. :D Ostatnio ten osobliwy problem mi się rozwiązał, bo znalazłam fantastyczną jak na moje potrzeby aplikację BBC Iplayer Radio, z której możesz sobie ściągać audycje z każdego programu BBC z mijającego tygodnia jako plik audio. To mi odpowiada dużo bardziej, bo jednak niewiele jest takich dni, w które chciałoby mi się już o dziesiątej wybierać się do krainy snu. Zresztą to wcale nie musi być BBC Cymru, po prostu jakaś walijska nawijka, a ja śpię jak dzidziuś, mój mózg jest wprost bombardowany endorfinami na sam dźwięk walijskiego, chociaż jest dla niego niemal zupełnie niezrozumiały i różne rzeczy się wtedy dzieją w moich snach. W ogóle BBC wyświadcza mi nieocenione usługi nocą, od BBC Radio Scotland poczynając, bo dzięki nim mój akcent anglijski jest obecnie taki, jaki jest. Ostatnio śniło mi się, że czytałam w jakimś wielkim lesie Mabinogion po walijsku. Miałam po prostu ogromnych rozmiarów knigę w brajlu, siedziałam z nią na kolanach, czytałam ją i czułam się genialnie. Wtem podeszła do mnie moja babcia, której przenigdy nie podejrzewałabym o znajomość walijskiego i tonem jednocześnie zatroskanym, jakby wątpiła w to, czy to, co mówi w ogóle ma sens, bo do mnie to i tak nie dotrze, trochę zirytowanym, zdziwionym i zgorszonym powiedziała: „Zostaw to, tu są same przekleństwa!”. Hahahaha, w Mabinogionie przekleństwa.

Od czasu tego snu próbowałam podjąć kolejną próbę poradzenia sobie jakoś z Colloquial Welsh, gdzie niemal wszystkie ćwiczenia są w formie tabelek, co po prostu cholerrrnie utrudnia mi współpracę z ową książką na Braille-Sense’ie, choć jednocześnie cała moja walijska wiedza opiera się na tym podręczniku i na tym, co wyłuskałam i wytrenowałam spomiędzy tych kolumn. Niestety, nic z tego jak zwykle nie wychodziło i jak zwykle zaczęłam żałować, że gdzieś np. w Gdańsku nie ma filologii celtyckiej, no bo sorry, drugi raz gdzieś na drugi koniec Polski, tym razem do Poznania, wyjeżdżać mi się nie chce, nawet dla walijskiego. A potem bardzo zacny któś podrzucił mi pomysł, którego do tej pory jeszcze nigdy nie rozważałam i nie brałam na poważnie. Pod wpływem owego zacnego któsia zaczęłam szukać na KUL-u i UAM-ie, czy czasem nie ma jakiejś możliwości studiowania filologii celtyckiej u nich w trybie online. Interesował mnie zwłaszcza UAM, bo chociaż ja bardzo chętnie poznałabym wszystkie języki gaelickie (może tylko na bretońskim jakoś szczególnie mi nie zależy), to jednak najważniejszy jest dla mnie z tej grupy walijski, którego o ile wiem na KUL-u nie ma, a na UAM-ie jest. Problem mi odpadł, bo jak przypuszczałam takiej możliwości tam nie ma. Zaczęłam jednak szukać najpierw na wirtualnych uniwersytetach w Polsce, gdzie również bardzo wątpiłam w powodzenie, a potem w UK. No i cóż?… szukajcie, a znajdziecie. Studia celtyckie, University of Wales Saint David. Co prawda na razie niczego absolutnie to nie oznacza, samo znalezienie takowej uczelni nie jest nawet połową sukcesu, a sukces jest w tej kwestii rzeczą zależącą od mnóstwa czynników, ale zawsze szansa jest, skoro w ogóle coś takiego istnieje.

Gdy czytałam opis tego kierunku, czułam, że jest to cóś absolutnie idealnego dla mnie: omawia się tam MABINOGION!!!, jest sporo o celtyckiej hagiografii, a przecież hagiografia też jest jednym z moich zainteresowań, a o świętych celtyckich na razie nie wiem wiele, poza tym są tam legendy arturiańskie, mitologia celtycka, w ogóle multum fajnych rzeczy, zresztą sama babka, która zajmuje się tym kierunkiem w szczególności interesuje się hagiografią walijską, a zwłaszcza świętymi kobietami z obszaru kultury celtyckiej. Fajnie się zapowiada. Mój mózg ucieszył się najbardziej jednak dopiero na wieść, iż jeśli któś chce, może się tam uczyć walijskiego. Przez bardzo długi czas nie mogłam uwierzyć, że coś takiego naprawdę może istnieć i to jeszcze online, w dodatku uczy się u nich w ten sposób na tym kierunku trochę ludzi z całkiem odległych zakątków naszego pięknego globu, więc to też nie jest problem. Szczerze mówiąc początkowo myślałam, że albo to ja mam jakieś urojenia, albo któś sobie ze mnie robi jaja, no bo to wyglądało tak, jakby któś to specjalnie pode mnie podpasował. :D Serio! Postanowiłam niezwłocznie napisać do babki, która się owym kierunkiem zajmuje. Strasznie się bałam samej tej czynności, ostatecznie nie pisałam zbyt wiele takich formalnych maili po ingliszu. Bałam się też tego, co mi odpisze i że to nie wypali z jakiegoś banalnego powodu. Poza tym zastanawiałam się, cóż ja będę po tym kierunku robić w Polsce, ale póki co żyję po prostu nadzieją, że jeśli zrobię też skandynawistykę, to nie będzie najgorzej, a poza tym mam przecież pracę w bardzo bliskiej perspektywie, która zapowiada się bardzo ciekawie, bo siedem stów miesięcznie to naprawdę sporo jeśli bym sobie oszczędzała załóżmy przez całe liceum.

Trzęsłam się po prostu jak pisałam do tej babki, po polsku bym nie wiedziała co napisać, a co dopiero po ingliszu! W rezultacie biedziłam się nad tym nieszczęsnym -mailem bite trzy godziny, długi jest jak… nie wiem czy mi samej kiedykolwiek zdarzyło się czytać dłuższego maila, ale musiałam jej chyba przecież klarownie i dogłębnie przedstawić sytuację, no to jak inaczej? Nie wiedziałam, czy mam pisać bardzo formalnie, bo w końcu babka byle kim nie jest, książki pisze i w ogóle, a z drugiej strony jak napiszę jej takiego długiego, a w dodatku napuszonego e-maila to może wyglądać bardzo osobliwie i niezbyt zachęcająco. Czegokolwiek nie napisałam, czułam, że będzie źle, a gdybym zmieniła, to pewnie wtedy by się okazało, że jednak tamto byłoby lepsze. W końcu wyszedł e-mail niby formalny, ale jednak nie udało mi się na piśmie poskromić mojego entuzjazmu więc wyszło, jak wyszło. Miałam i mam tylko nadzieję, że ponieważ babka jest Walijką i interesuje się takimi gitowymi rzeczami, okaże się równie gitowa i nie będzie miała obiekcji do mojego e-maila, a przede wszystkim, że mi po prostu odpisze. Poza tym nie wiem, czy za dużo się naczytałam książek z akcją Walii, czy za dużo się zastanawiam, kto jaki jest, czy też może moje przypuszczenia opierają się na czymś solidniejszym, ale wydaje mi się, że któś, kto się nazywa tak, jak ona, musi być gitową osobistością. Miałam do niej mnóstwo pytań: czy w ogóle z moim poziomem inglisza ja mogę tam do nich startować, bo mój inglisz nie jest tragiczny tak ogólnie, ale jednak perfekcyjny też nie jest, mimo mojej długiej nauki, bo niestety w polskich szkołach niewiele konstruktywnych rzeczy się robi w kwestii naprawdę efektywnego nauczenia ludzi języka i prawda jest taka, że najwięcej zrobiłam ja sama w ciągu ostatnich mniej więcej pięciu lat, przy wydatnej pomocy różnych ludzi nie mających nic wspólnego z oświatą. Nie wiem jednak, czy taki inglisz starczy mi i im do wyzej wymienionego celu. Poza tym czy to ich wirtualne środowisko uczenia czy jak to tam się zwie jest w ogóle dostępne dla screenreaderów, bo jak nie to katastrofa. Mój inglisz w do matury może się jeszcze poprawić, ale dostępność tego środowiska pewnie nie bardzo. No i w ogóle pytałam ją również o to, czy sam fakt mojej „niewidomości” nie jest jakąś wielką przeszkodą dla nich, no bo dla mnie jak mają dostępne środowisko to nie. Zastanawiało i zastanawia mnie też bardzo kwestia rekrutacji, jak tam trzeba zdawać IB, to ja leżę, w życiu nie będę miała takich możliwości w wieczorówce, a nawet jeśli tak, to ja w zyciu nie zdam IB. Ogromnie ciekawiła mnie również kwestia, na jakim poziomie będzie mój walijski po tych studiach i czy będę mogła tłumaczyć pisemnie z walijskiego na polski, czy tylko poprawnie komunikować się z ludźmi w codziennych sytuacjach.

Ogromnie mi ulżyło (na chwilę) po napisaniu tego e-maila, ale cały czas myślę o tej Walii, nie daje mi to spokoju, oczywiście zgodnie z moimi zasadami staram się jak mogę nie nastawiać, zeby się nie przejechać, a nawet nastawić się na najgorsze, żeby się potem w razie pozytywnych wieści jeszcze bardziej cieszyć. Naprawdę opłaca się być Kasandrą ;) Tymbardziej, że na ogól, jak nastawię się na to, że będzie jak najlepiej, jest jak najgorzej, ale o tym już pisałam w „Magicznej mocy pesymizmu”. :) Pamiętam tylko dwie sytuacje w ktorych ja nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś wypali i rzeczywiście wypaliło. Pierwsza była to sytuacja gdy przestała mi na dłuuugi czas działać aplikacja Infovoxa, a akurat firma Acapela Group stworzyła lapońskie głosy, które mogły mi pomóc w poznawaniu chociaż podstaw języka sami, a ściągnąć je mogłam tylko dzięki tej aplikacji. Moja Mamulka była wściekła, że coś, co kupiła, nagle i bez przyczyny przestało działać na długie miesiące, aż w końcu ja odpaliłam kompa i ośmieliłam się mieć nadzieję, że Infovox ruszy, no i ruszył. Druga taka sytuacja dotyczyła wygranej PISu. :) 1)

Więc ja wciąż czekam na odpowiedź owej babki i doczekać się nie mogę, próbując się nie nastawiać. Przed chwilą moja Mamulka uraczyła mnie hiobową wieścią, ale zacznijmy od początku: Mamulka i ja, i Zofijka też, chcemy bardzo mieć kota, a najlepiej rosyjskiego niebieskiego, zwłaszcza ostatnio, gdy dowiedziałyśmy się o istnieniu tej rasy i tym, jakie te koty są milutkie i fajne. Przymierzałyśmy się do kupna kotka z hodowli, który niedawno się urodził, ale okazało się, że właśnie ten kot – TYLKO ten jedyny kot z CAŁEGO miotu – jest na cóś chory. :'( I teraz nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będziemy mieć kota, a jeśli tak, to pewnie nie rosyjskiego. :( A skoro już zaczęłam o kotach, to dodam, iz w moim pokoju obecnie znajduje się wstrętna mysza i nie chce się wyprowadzić. Sama jej obecność szczególnie mnie nie przeraża ani nie irytuje, gorzej, jeśli ona uaktywnia się w nocy zanim zasnę, wtedy mam przerąbane, a najgorsze jest to, że może mi przegryźć kabel, a kabli mam ci ja tu dostatek wielki.

Przedwczoraj byłam z Mamulką i z Zofijką w teatrze na „Dziadku DO orzechów” i to wydarzenie jest ze wszech miar warte uwagi! Zawsze bardzo lubiłam „Dziadka Do Orzechów”, bo jest tam dużo figurek i bibelotów, a figurki i bibeloty też zawsze lubiłam, więc stwierdziłam, że miło będzie zobaczyć „Dziadka…” w teatrze, zwłaszcza, że bardzo lubię słuchowisko na podstawie tej książki. No a do tego jeszcze z Zofijką! ::) Bardzo fajnie! Niestety srodze i mocno się na tym „Dziadku…” przejechałam. Do dziś jak o tym myślę, chce mi się śmiać, choć akurat wtedy byłam głównie wściekła. Zaczęło się bardzo ciekawie, bo w ogóle sprzedali ludziom dwa takie same bilety i któś nie miał gdzie usiąść, więc „Dziadek…” się opóźnił jakieś pięć minut, ale mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało. W końcu zaczęło się przedstawienie, mija pińć minut i dopiero wtedy po harfie, która jest w balecie „Dziadek do orzechów” zorientowałam się, że to… balet! Ale jak to? Czemu oni tego nie napisali? Czemu Mamula mi nie powiedziała? No i przede wszystkim: co ja mam tu robić. Rzadko kiedy zdarza mi się nudzić, a już nigdy jeśli ja sama organizuję sobie czas i moze wlaśnie dlatego tak bardzo tego nienawidzę. Ehhhh cóż. :D Moja Mamulka też podobno się nudziła, bo było to dość prymitywne i bardzo pod dzieci. Zofijka natomiast tak jak ja nic nie jarzyła, tyle, że z innego powodu, bo po prostu nie zna tej bajki, Mamulka zresztą też. Do wczoraj sądziła, że „Dziadek do orzechów” jest Andersena, ja ją wczoraj dopiero uprzejmie oświeciłam. :D Napisałam o tym mojemu koledze, który bardzo się ubawił i stwierdził, że jeszcze powinnam zaliczyć kino nieme i galerię sztuki i będę expertem w dziedzinie sztuk wizualnych. :D

Mówiłam, że dziś święto Laponii, dlatego też na koniec wrzucam Wam cóś lapońskiego, o bardzo lapońskim charakterze, o Laponii, wykonywanego przez Laponkę, ale po angielsku. Dlatego akurat to, że akurat dziś ukazała się ta piosenka, więc pomyślałam, że szkoda by było w tym dniu z tej okazji we wpisie jej nie zamieścić i nie wykorzystać tego wydarzenia na rzecz owego wpisu.

Singiel ów bardzo mi się spodobał, ale dziwne by było, gdyby było inaczej, bo przecież to moja ukochana Sofia Jannok, która przecież tak na serio wcale nie jest Sofią, ale to akurat jest mało ważne. W każdym razie ona to zrobiła. Sofia Jannok mieszka w Szwecji, śpiewa po lapońsku, angielsku, ale i po szwedzku, udziela się w radiu i telewizji, jest też zaangażowana politycznie, walczy przeciwko rasizmowi, nazizmowi i faszyzmowi, o ile wiem i o ile dobrze dedukuję jej poglądy są raczej lewicowe, ale i tak ją lubię. Singiel nazywa się „This Is My Land”. Nie rzucę Wam linkiem do Youtube’a, bo na Youtube’ie tego po prostu (jeszcze?) nie ma, tylko do Dropboxa. Sofia Jannok – This Is My land

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s