Mój sen o końcu świata.

Witajcie!

Zaczął się już nowy rok, mam nadzieję, że dla nas wszystkich będzie tak miły i fajny, jak to tylko możliwe, a tymczasem czas by sklecić nowy wpis. Temat do wpisu zrobił się sam. Sam sobie do mnie przyszedł, wśliznął mi się do mózgu i pozostał. Postanowiłam Wam opisać, co też ostatnio mi się śniło. Wprawdzie wiele osób twierdzi, że snów nie da się opowiadać, ja jednak już parokrotnie na Klangoblogu podjęłam spontanicznie to ryzyko i jakoś nikt mi się nie uskarżał na niezrozumiałość. Osobiście uważam moje sny za bardzo ciekawe, nawet jeśli są straszne i drastyczne, tak jak ten, który chcę Wam dziś opowiedzieć. Są bardzo często przerażająco realistyczne, a z drugiej strony dziwacznie wręcz niedorzeczne, jak to sny. Pełne szczegółów i nieco zamotane, czasem trudno mi odszyfrować, dlaczego w tym czy innym śnie występowały takie a nie inne miejsca, osoby itd. Ażeby moje sny były dla Was klarowniejsze, zawsze starałam się upraszczać dialogi i trochę zmieniać elastyczne elementy treści, tak, aby mi samej było łatwiej te dziwaczności opisywać. Tyle tytułem wstępu.

A cóż to takiego mi się śniło? A no mianowicie… koniec świata! Tego jeszcze nie było. Sen był przerażający, jak się obudziłam, to przez dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć, że to był tylko sen, ale spodobał mi się, bo dawno już coś aż tak ciekawego mi się nie śniło. Zaczęło się od tego, że pojechałam na jakiś biwak, biwak w stylu mocno odnowowooazowym, na takie cóś w realu przenigdy bym nie pojechała z własnej woli, nie lubię takich rzeczy. We śnie jednak zdawało mi się to nie przeszkadzać. Samego biwaku raczej nie pamiętam, kojarzę jeden moment bardzo wyraźnie i on jest najistotniejszy dla tego snu: siedzimy sobie na trawie, jest bardzo cieplutko, lipiec czy cóś, ktoś czyta jakąś książkę o jakimś świętym, który to jakoś niedawno umarł i zaraz został ogłoszony świętym i niby przewidział kiedy i jak nastąpi koniec świata. Nawet w tym śnie byłam na tyle rozsądna, żeby pomyśleć: „No halo, ale tego podobno nikt miał nie wiedzieć, o co idzie?!”. Dziadziuś ów sędziwy twierdził, że świat ma się skończyć… 21 grudnia (czy ta data czegoś Wam nie przypomina?? :D) dwa tysiące któregoś roku, sorki ale niestety nie pamiętam, ogromnie tego żałuję. Pomyślałam sobie, że nie dość, że to są pewnie bzdety, a Kościół nagle zrobił się naiwny i takiego człowieka wynosi na ołtarze, to jeszcze ten człowiek nawet nie potrafi być oryginalny, przecież raz już miał być koniec świata 21 grudnia. :D Potem wrociłam do domu i długo nie działo się nic, w każdym razie ja nic nie pamiętam. Potem był straszny mróz i czyjeś urodziny, zdaje się, że mojego Tatula (obchodzi on urodziny 19 grudnia, a nie jest to bez znaczenia w tym momencie). Wszędzie, dosłownie wszędzie padał śnieg, o ile kojarzę, to nawet w domu mieliśmy coś śniegopodobnego. Siedzieliśmy w kuchni na takich małych taborecikach, był podpiwek, jakies śliwki, pierogi z kapustą i z grzybami i multum innych, często dziwnych rzeczy. Co ciekawe, pomimo mrozu, śniegu i tego śniegopodobnego czegoś, mieliśmy otwarte drzwi na taras i było cholerrnie zimno, przeżyć nie szło. Nagle któś stwierdził, że jeszcze nie śpiewaliśmy Tatulowi sto lat, więc cały tłum gości obchodzący tego dnia Tatula urodziny i w ogóle my wszyscy podnieśliśmy się i zaczęliśmy śpiewać. Jak tylko wydobyliśmyz siebie pierwsze dźwięki, zaczęło strasznie grzmieć, a mi od razu na myśl przyszły słowa, które nam ten któś na biwaku czytał, tego świętego i jego dziwnych przepowiedni. Pomyślałam sobie: „Haha, dobra, im prędzej skończy się ten śmiszny świat, tym właściwie lepiej dla nas”. Grzmiało coraz bardziej, zaczął dąć wicher, cała kuchnia była pokryta tym nie wiem czym co wyglądało jak niesamowicie puszysty śnieg. Śmialiśmy się i robiliśmy sobie jaja, że to dla Tatula jakieś ostrzeżenie. Po jakimś czasie takiej burzy zaczął trzeszczeć sufit, dach, wszystko, aż w końcu tak fajnie nami potrząsnęło, normalnie cały dom się na chwilę uniósł do góry i gwałtownie z wielkim trzaskiem i chrzęstem opadł na ziemię, bardzo, baardzo się kołysząc, tak jakbyśmy ważyli dobrych parę ton. Przeraziłam się już mocno, czułam się jak w „Fitmisiu”, a takie akcje nie należą do moich ulubionych, no i wreszcie zaczęłam brać ową sytuację na poważnie. Lunął straszliwy deszcz, Mamula nie mogła zamknąć tarasu, bo stała tam jakaś ogromna, odrażająca lodowa góra, jak Mamula próbowała zamknąć drzwi, to z niej wydobywał się taki okropny, odrażający pisk i jechała na Mamulę, tak, że Mamula musiała szybko odskoczyć, żeby jej to piszczące monstrum nie przygniotło. Oczywiście wszyscy Tatula goście byli u nas cały czas, bo nikt by człowieka w taką pogodę nie wypuścił. Przynajmniej połowy z nich w ogóle nie rozpoznałam albo nie znałam. W końcu doszło do tego, że cały świat trząsł się non stop, wszystko się kołysało i latało, trzeszczało i świszczało, było trochę jak na statku, bo nawet mokro, ponieważ oczywiście piszcząca góra lodowa wciąż stala na swoim miejscu i nikt nie odważył się do niej podejść, a mnie na samą myśl oblatywały ciarki. Pamiętam, że potem poszłam doo pokoju na górę, położyłam się na łóżku i ogarnęła mnie straszliwa panika, a jednocześnie niesamowita ciekawość, co będzie, jak skończy się świat. Wtedy zaczęłam mieć ogromne wyrzuty sumienia, myślałam o tym, ilu rzeczy nie zrobiłam, ilu rzeczy różnym ludziom nie powiedziałam, że nie przetłumaczyłam Vreeswijka, że w ogóle robiłam cały czas jakieś straszne i okropne rzeczy, byłam po prostu spanikowana jak nigdy dotąd na jawie, w snach bywało jeszcze gorzej. Kojarzę nawet, że w tym śnie wydawało mi się, że ten cały koniec świata to tylko mój sen i szczypałam się po rękach, ale czułam to, więc stwierdziłam, że to jednak w realu. Potem w moim pokoju zaczęło coś przeraźliwie jęczeć i piszczeć. Gdy przebudziłam się z tego snu, wydało mi się to śmieszne, ale gdy mi się to śniło, byłam autentycznie przerażona. Coś wylazło mi spod łóżka i zapiszczało: „Idź sobie!”. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać tego komunikatu, myślę, że nikt, kto miałby okazję usłyszeć to osobiście nie miałby ochoty ani odwagi zwlekać. Pomimo iż wszystko się kołysało, padał deszcz, śnieg, grad, była burza i mieliśmy powybijane okna, to jednak zleciałam ze schodów w przeciągu pięciu sekund, byle być dalej od tej kreatury. Okazało się, że w kuchni siedzi jakiś facet w futrze z jakąś kartką, pije kefir i spisuje wszystkich grzechy. Jak się spytałam Mamuli, co to za sekciarstwo, to mi ten facet odpowiedział, że ponieważ ma bardzo sprawny wóz, to jeździ po domach i po kościołach, spisuje grzechy ludzi i oddaje do kościołów, bo to taka spowiedź na odległość, inaczej się teraz nie da, a najprawdopodobniej to będzie dla nas wszystkich ostatnia w życiu. Patrzyłam, jak każdy po kolei musiał się przemóc i publicznie dyktować temu gościowi swoje grzechy, z niektórymi gdzieś wychodził na początku, do kibelka, do łazienki… gdy przyszła moja kolej, spytał się mnie, czy chcę tak przy ludziach. Nie chciałam, ale powrót do pokoju i do tego czegoś, co tam było był ponad moje siły, więc zaczęłam się wywnętrzać przy wszystkich, a potem Tatul. W końcu gościu przestał nas torturować, dał nam Komunię (Z SOLĄ! mniammmmmm) i pojechał. Ten koniec świata trwał strasznie długo, dostałam od Tatula harfę, taką bardzo małą i sama się nauczyłam na niej grać. :D O dziwo wciąż istniał Internet, choć prądu nie było. Tatul zrobił jakiś kabel (nie pytajcie mnie dlaczego: ten kabel się nazywał kablem móżdżnym). Powstało nam więc w domu jakby nowe pomieszczenie z mikroskopijnymi drzwiami, ulokowane między kuch ią a kibelkiem, drzwiami było bardzo łatwo sobie przykleszczyć palca, wchodziło się i był tam bardzo dobry dostęp do Neta. Wszędzie było mnóstwo kabli, minusem było to, że w tym „móżdżnym” pomieszczeniu świat zdawał się wirować miliard razy szybciej. Pamiętam, że zalał mi sie Braille-Sense i po tej tragedii zamienił się w… krótkofalówkę. :D Z kompem było przez długi czas wszystko OK, pisałam nawet „Ostatni Wpis W Drimolandii”, nie pamiętam o czym traktował tak dokładnie, ale zapewne o końcu świata. Komuś na Twitterze relacjonowałam, co u nas już jest zniszczone. W końcu Net równiez padł i wtedy wszyscy non stop się modliliśmy, ja mimo iż się spowiadałam wciąż byłam przytłoczona grzechami. Niezbyt obserwowałam innych, ale wydaje mi się, że kilka osób miało podobnie, największą oazą spokoju była moja Mamulka. I pewnego dnia nastąpił kres. Grałam z Zofijką w jakąś dziwną grę, przeskakiwałyśmy kałuże, Zofijka rzucała Mamuli smartfonem, który nie działał, udawałyśmy, przynajmniej ja, że pochłania nas to i fascynuje niepodzielnie. Zofijka podskoczyła i nagle całe nasze podwórko zaczęło się zapadać, wćągać się do wnętrza Ziemi. Było pełno wody. Któś wrzeszczał: „Uwagaaaaa!”. Wiedziałam, że zaraz umrzemy, kwestia kilku sekund. Wtedy usłyszałam wrzask Tatulka, na jego wspomnienie jeszcze w tej chwili przechodzą mnie ciarki: „Niech mi ktoś poda rękę, zaraz się utopię!”. Było to takie rozpaczliwe, ale każdy miał przed sobą podobną wizję, a co potem? Nagle zaczęłam strasznie szybko spadać na dół. Wywrzaskiwałam jakieś pozbawione sensu głupoty, nie wiem nawet, czy po polsku i leciałam, leciałam, leciałam… Z pewnością czegoś takiego każdy z Was doświadczył, spadanie w snach w końcu rzadkim zjawiskiem nie jest. I nagle… zleciałam. Pode mną było… sucho??? Ja w ogóle żyję? Eej, ludzie, co jest???!!! Ooo, Plextalka mi pozwolili zabrać do zaświatów? No, to mi się podoba. Gdyby nie Sofia Karlsson, którą sobie ustawiłam na budzik w Plextalku, pewnie długo jeszcze tak bym rozmyślała nad moją sytuacją, ale dzięki Sofii w krótkim czasie mi przeszło i zaczęłam akceptować fakt, że… TO BYŁ TYLKO SEN!!! Gites!

Muszę Wam powiedzieć, że chociaż to niewątpliwie był koszmar, to jednak miałam gorsze sny, a nie tak ciekawe, ale ten zapamiętam do końca życia.

Dzielcie się reflexjami na temat owego wpisu, a może komuś z Was śniło się cóś podobnie abstrakcyjnego lub strasznego? Zachęcam do dyskusji w temacie wpisu.

Tak w ogóle to mi się jutro zaczyna sesja egzaminacyjna, egzaminów trochę będzie i trochę mnie to stresuje, głównie z powodów czysto technicznych. Poza tym najprawdopodobniej w drugim semestrze czeka mnie kolejna zmiana szkoły, ponieważ na lekcje naszego semestru zaocznego chodziło strasznie mało osób i będą musieli ów semestr zlikwidować. Przeniosą nas pewnie do wieczorówki, ale w takiej sytuacji ja pewnie przeniosę się po prostu do innej zaocznej i tyle, o ile taka możliwość będzie.

Tak absolutnie na koniec wpisu bardzo chciałabym Wam cóś pokazać. Cóś pięknego i miłego. Dostałam dziś sporo nowej muzy do ogarnięcia od Spotify, co jak zwykle ogromnie mnie ucieszyło. Wśród tego bogactwa fajnej i mniej fajnej muzy znalazłam album zatytułowany „Cornelis VS. Riedel”. Z powodu mojej fazy na Cornelisa Vreeswijka nie mogłam obok tego znaleziska przejść obojętnie, facet, który się nazywa Georg Riedel również był mi znany ze słyszenia. Okazało się, iż jest to album Riedla z 2011 roku, z nigdy nie wydanymi na płytach textami Vreeswijka, oraz dwoma piosenkami, które Riedel dla niego napisał. Początkowo nie miałam pojęcia, cóż to właściwie jest za album, dopiero Wikipedia mnie oświeciła. Moją uwagę od razu przykuła piosenka w wykonaniu Sarah Riedel „Se Här Dansar Fredrik Åkare” i zastanawiałam się, któż to napisał. Nie wierzyłam, że Cornelis, bo text zdawał mi się bardzo wyraziście mówić o nim samym, a on kiedyś podkreślał, że nie utożsamia się z Fredrikiem Åkare i pierwowzorem tej postaci jest jego kolega, wyglądało mi to tak, jakby któś się zainspirował nim samym i jego Fredrikiem Åkare i cóś takiego stworzył, ale jednak text jest Vreeswijka. Tak bardzo przypomina mi Vreeswijka, jes tak piękny, a do tego Sarah Riedel tak cudownie to zrobiła, że po prostu ja to teraz ubóstwiam. I nie oprę się pokusie, żeby Wam tego nie pokazać. Muzyka na bank nie jest Vreeswijka, więc pewnie Georga Riedla, jeśli chodzi o pisanie muzyki do twórczości Vreeswijka to takie rzeczy, że któś maczał w tym palce od razu widać. Tak więc ja się zwijam z Drimolandii i zostawiam Wam tego wpisa wraz z tą piosenką.

Sarah Riedel–Se Här Dansar Fredrik Åkare.
Reklamy

3 uwagi do wpisu “Mój sen o końcu świata.

    1. Taak, sen był bez wątpienia straszny, ale miałam już nie raz straszniejsze. Plus tego jest taki, że jak już mam miłe sny, to są równie miłe jak te straszne są straszne. Hmmm, no ja też jestem ciekawa, czemu niektórzy ludzie mają takie właśnie bardzo barwne, a często straszne sny, a inni nie śnią prawie w ogóle, a w każdym razie snów nie pamiętają. Może być i tak jak twierdzisz, że to zależy od wyobraźni, ale na przykład mój szanowny Tatul, człowiek raczej twardo stąpający po ziemi, ma niemal równie kuriozalne sny jak moje. Kurczę, może to dziedziczne? :D

      Polubienie

  1. Z jednej strony straszny ten sen i dobrze że się skończył. Ale z drugiej strony to nawet ciekawy
    Też się zastanawiam jak to jest, że ludziom takie sny się śnią.
    A ten koniec świata 21 grudnia miał być w 2012 roku jak dobrze pamiętam.

    Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s